Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Znasz kogoś, kto po świętach mówiłby, że jest wypoczęty? Ja chyba nie! Sprzątanie, gotowanie, kupowanie prezentów, burzliwe dyskusje przy wigilijnym stole… Wszystko to potrafi bardzo zmęczyć. A przecież przerwa świąteczna ma być właśnie przerwą, od pracy, obowiązków i stresu… Mam dla Ciebie kilka wskazówek, które mogą pomóc Ci naładować baterie przed początkiem nowego roku!
W 2019 roku Monitor Rynku Pracy Instytutu Badawczego Randstad podawał, że prawie 40% Polaków nie potrafi podczas urlopu zapomnieć o pracy. Krótka przerwa świąteczna również temu nie sprzyja… Zamknięcie tego roku, ustalenie celów na nowy… Zdarza się, że myśli o przed- bądź o poświątecznych wyzwaniach zawodowych towarzyszą nam podczas świętowania (chociaż, czy celebrowanie czegokolwiek w takim napięciu można nazwać świętowaniem?). Tak naprawdę nie potrafimy, nie tylko w czasie świąt, po prostu odpoczywać. Biorąc pod uwagę jednak to, co wydarzyło się w tym roku (wybuch wojny, trudna sytuacja gospodarcza, pędząca inflacja…, można by jeszcze długo wymieniać zjawiska, które nas zmęczyły i przytłoczyły), odpoczynek należy nam się w tym roku szczególnie. Jeśli jednak od poniedziałku do piątku narażamy się na przebodźcowanie, żyjemy w ciągłym stresie i jesteśmy poddawani presji, nie możemy oczekiwać, że w nocy z piątku na sobotę nasz mózg wejdzie w tryb odpoczynku. To nie nastąpi od razu, na pstryknięcie palca, dlatego też warto stale inwestować swój wolny czas w budowanie głębokich, wysokojakościowych relacji z samym sobą oraz z najbliższymi.
Zamiast świąt w domu wyjeżdżasz na narty? Olewasz kilkudniowe stanie przy garnkach i pierogi zamawiasz z pobliskiej restauracji? Nie masz umytych okien i wcale Ci to nie przeszkadza? Ja powiedziałbym Ci, świetnie! Ciesz się tym wolnym czasem tak, jak chcesz! Niestety, rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana i, decydując się na takie „odważne” łamanie tradycji, możesz stać się ofiarą mało życzliwych docinek ze strony członków Twojej rodziny. Masz jednak prawo do własnej wizji świąt. Decyzja o tym, jak je spędzisz, należy tylko do Ciebie. Nie pozwól, by czyjaś presja stała się Twoją presją, to dodaje tylko niepotrzebnych nerwów, z których rzadko kiedy wynika coś dobrego. Zazwyczaj jedna strona jest po prostu sfrustrowana i odlicza czas do momentu powrotu do codzienności… Pamiętaj! Nie odpowiadasz za cudze emocje i oczekiwania! To ta osoba, która Cię ocenia musi sobie z nimi poradzić :).
Nie musisz przed świętami mieć umytych okien „dla Jezuska”. Nie musisz brać udziału w ogólnopolskim konkursie na największą liczbę ulepionych pierogów czy uszek. Nie musisz mieć posprzątanego całego domu ani zapraszać do niego ludzi, z którymi nie czujesz się dobrze! Nawet jeśli Twoja babcia się na Ciebie obrazi, nie musisz jechać do niej trzysta kilometrów na obiad w pierwsze święto. Naucz się sobie odpuszczać, to są Twoje dni wolne od pracy i nikt do niczego nie powinien Cię w tym czasie zmuszać (szczególnie Ty, bądź dla siebie wyrozumiały!).
Święta na kanapie przed telewizorem? Do takiej wizji brakuje tylko stołu uginającego się od ciężaru potraw, od którego trudno jest kogokolwiek odciągnąć… Efektywny odpoczynek to aktywny odpoczynek! Nie odpuszczaj treningu na siłowni, odwiedź pobliską pływalnię, zabierz dzieci na dłuższy spacer! A może, korzystając z wolnego wieczoru, poszukasz treningu na YouTubie i spróbujesz nowego sportu? „Zasiedzieć się” to żadna sztuka. W święta zrób zdrowy prezent dla swojego organizmu!
W końcu masz czas na to, by zrobić coś fajnego. Może w czasie świąt zniknie coś z Twojej „kupki wstydu” złożonej z ciągle odkładanych (oczywiście przez brak czasu) książek? Kochasz planszówki, zaproś znajomych i na nowo odkryjcie Wasze ulubione gry. Lubisz muzykować? Kto zabroni Ci wspólnego kolędowania po Pasterce albo zorganizowania świątecznego karaoke? Pod koniec roku obiekty kulturalne proponują specjalne seanse lub spektakle, może to dobry moment, by wybrać się do kina lub teatru? Do Twojej decyzji należy również to, gdzie spędzisz Boże Narodzenie. W internecie znajdziesz jeszcze oferty last minute na krótkie zagraniczne wypady! Jeśli lubisz podróżować, to czemu by nie teraz?
Kiedy ostatnio był w Twoim życiu czas „sam na sam”? Święta to dobry czas na włączeniu trybu samolotowego w telefonie i krótsze lub dłuższe odcięcie się od wszystkich „przeszkadzaczy”. Powiedz swoim bliskim, że wychodzisz na samotny spacer lub chcesz pobyć chwilę w samotności, na pewno to zrozumieją, a Ty zyskasz moment na oczyszczenie swoich myśli lub przepracowanie jakichś tematów w sobie.
Odnoszę wrażenie, że mamy coraz większą świadomość dotyczą tego, jak szkodliwe mogą być niepotrzebne komentarze i oceny przy wigilijnym stole. nikt nie ma prawa naruszać Twoich granic i sprawiać, że w święta poczujesz się niekomfortowo. Tematy dotyczące zakładania rodziny czy innych prywatnych stref nie powinny być wywoływane bez Twojej wyraźnej akceptacji.Nie zaczynaj rozmów od komentarzy, które (nawet jeśli nie masz takich intencji) mogą być odebrane uszczypliwie, nie pytaj, kiedy Twój rozmówca w końcu zdecyduje się na ślub czy znajdzie pracę. Nie jest to ani taktowne, ani potrzebne. Traktuj innych, jak chcesz, by Cię traktowano, przemyśl zadawane pytania i nie zmuszaj nikogo do odpowiedzi. Nie wiesz, czy pozornie błaha kwestia, czy decyzja nie wiąże się dla kogoś z mało pozytywnymi doświadczeniami.
Zamiast gotować po nocach, po prostu połóż się wcześniej spać. Nikomu nic się nie stanie, jeśli w tym roku będzie o jedną, dwie czy trzy potrawy mniej! Za to ktoś niewyspany i w kiepskim humorze może skutecznie popsuć ciepłą i świąteczną atmosferę… Najważniejsze jest to, by sobie po prostu pozwolić na odpoczynek i odpuścić pewne sprawy. Masz ochotę zostać w łóżku do 11? Zrób to! Są święta, możesz!
I na koniec, najważniejsze. Święta to nie jest dobry czas na nadrobienie zawodowych czy domowych obowiązków. Zaufaj mi, po tych kilku dniach docenisz wyłączenie komputera i odcięcie się od niezamkniętych przed Bożym Narodzeniem tasków. Naładuj baterie, spędź czas z bliskimi, poświęć im swoją uwagę, a po świątecznej przerwie wróć do biura i dokończ zaczęte tematy, już z nową energią.Już za chwilę będziemy życzyć sobie spokojnych, zdrowych i szczęśliwych świąt. Tak naprawdę to od Ciebie zależy, czy one właśnie takie będą. Masz wybór, możesz poddać się świątecznej presji i karmić swój stres poczuciem winy lub odpuścić, odłożyć pewne sprawy na bok i przez te kilka dni skupić się na tym, co w życiu jest naprawdę ważne. Mam nadzieję, że dzięki tym kilku wskazówkom powrócisz do pracy z wypoczętym ciałem i oczyszczoną głową. Powodzenia!


Z tego artykułu dowiesz się, po czym poznać, że wasze wydarzenie cykliczne nie ma marki, ile kosztuje budowanie frekwencji od zera przy każdej edycji, czym różni się nazwa wydarzenia od pozycji w kalendarzu, które dowody z tegorocznej edycji sprzedadzą następną i jak budować markę wydarzenia w firmie, która nie sprzedaje biletów.
Konferencja branżowa, szósta edycja. Cztery tygodnie przed datą organizator uruchamia kampanię, kupuje zasięgi, wysyła mailing do bazy i dzwoni do zeszłorocznych uczestników. Zapełnia salę na dziesięć dni przed wydarzeniem. W przyszłym roku zrobi dokładnie to samo, za dokładnie te same pieniądze.
Drugie wydarzenie, ta sama branża, czwarta edycja. Zapisy otwierają się w grudniu, na trzy miesiące przed terminem, bez programu i bez listy prelegentów. W pierwszym tygodniu wchodzi jedna trzecia miejsc, w większości od osób, które były rok wcześniej, i od ich znajomych.
Różnicy nie robi budżet mediowy. Robi ją to, że drugie wydarzenie coś znaczy w głowie uczestnika, zanim zobaczy agendę.
W skrócie: marka wydarzenia to zapamiętane skojarzenie, dzięki któremu ludzie wiedzą, czego się spodziewać, zanim poznają program. Wydarzenie, które jej nie ma, płaci przy każdej edycji pełną cenę dotarcia i tłumaczy się od nowa. Buduje się ją przez powtarzalną obietnicę, rozpoznawalny format i dowody z poprzedniej edycji, nie przez logotyp i hasło.
Po jednym pytaniu: czy sprzedaż albo zapisy ruszają przed ogłoszeniem programu. Jeżeli nie ruszają, oznacza to, że ludzie kupują zawartość konkretnej edycji, a nie wydarzenie. Każdego roku trzeba ich przekonać od początku.
Drugi sygnał jest wewnętrzny. Zapytajcie pięciu osób z zespołu, czym jest wasze wydarzenie, w jednym zdaniu, bez używania słów „konferencja", „spotkanie" i nazwy firmy. Jeżeli dostaniecie pięć różnych odpowiedzi, uczestnicy też ich nie mają.
Trzeci: komunikacja startuje od nazwisk. Plakat z sześcioma zdjęciami prelegentów oznacza, że obietnicą wydarzenia są ci ludzie, a nie samo wydarzenie. To działa, dopóki macie budżet na nazwiska, i przestaje działać w roku, w którym go nie macie.
Byron Sharp z Ehrenberg-Bass Institute opisał w książce „How Brands Grow" z dwa tysiące dziesiątego roku mechanizm dostępności mentalnej: marka rośnie, gdy w momencie decyzji jako pierwsza przychodzi do głowy, a nie wtedy, gdy jest najbardziej lubiana. W przypadku wydarzeń ten moment decyzji przypada na okres planowania kwartału i budżetu wyjazdów. Wydarzenie, o którym nikt nie myśli w styczniu, w marcu konkuruje już tylko ceną i programem.
Dotarcie. Każda edycja bez marki wymaga pełnego budżetu na to, żeby ludzie w ogóle dowiedzieli się o terminie, plus czasu zespołu na tłumaczenie, czym to jest.
Drugi koszt jest mniej widoczny: program musi być co roku mocniejszy, żeby zrekompensować brak rozpoznawalności. Stąd bierze się spirala, którą widzę u wielu organizatorów. Rok pierwszy: dwóch znanych prelegentów. Rok drugi: czterech, bo dwóch już było. Rok trzeci: nazwisko zagraniczne z honorarium w euro. Program rośnie, marża spada, a wydarzenie nadal nie ma własnej tożsamości, bo jego tożsamością jest lista gości.
Trzeci koszt ponoszą partnerzy i to oni najszybciej to zauważają. Sponsor, który kupuje obecność na wydarzeniu bez marki, kupuje jednorazowy zasięg. Sponsor wydarzenia z marką kupuje skojarzenie, które pracuje między edycjami, i dlatego łatwiej mu wrócić w kolejnym roku.
Polska Organizacja Turystyczna wspólnie z Poland Convention Bureau podaje w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025", dla danych za rok dwa tysiące dwudziesty czwarty, że konferencji i kongresów odbyło się osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery. To jest skala konkurencji o ten sam kalendarz i ten sam budżet wyjazdowy. W takim zagęszczeniu wydarzenie bez rozpoznawalnej obietnicy jest jedną z kilku propozycji na ten sam tydzień.
Nazwa niesie obietnicę. Pozycja w kalendarzu niesie datę i temat. „Konferencja Grupy X dla Partnerów 2026" jest pozycją w kalendarzu i za rok będzie tą samą pozycją z inną cyfrą.
Trzy elementy, bez których nazwa nie pracuje:
Powtarzalny element jest najbardziej niedoceniany, bo zespołom organizacyjnym szybko się nudzi. Ludzie, którzy przyjeżdżają raz w roku, mają odwrotną potrzebę: chcą rozpoznać wydarzenie, w którym już byli. Zmiana wszystkiego co edycję kasuje pamięć, którą sami zbudowaliście.
Czwartkowe Spotkania Social Media w Poznaniu, które współprowadzę, trzymają się tej zasady od lat: ten sam dzień tygodnia, ta sama formuła, ten sam próg wejścia. Ponad setka osób co miesiąc przychodzi nie dlatego, że zobaczyła temat, tylko dlatego, że wie, czym jest czwartek. Temat decyduje o tym, ile osób przyjdzie ponad bazę, nie o tym, czy wydarzenie się odbędzie.
Nie zdjęcia z sali. Zdjęcia dokumentują, że wydarzenie się odbyło, a sprzedaje coś, co pokazuje, co z niego wynikło.
Pięć rzeczy, które warto zebrać w trakcie, bo po wydarzeniu jest za późno:
Te materiały mają jedną wspólną cechę: mówią językiem uczestnika, nie organizatora. Zdanie „wróciłem z trzema kontaktami i jednym pomysłem, który wdrożyliśmy w kwietniu" sprzedaje kolejną edycję mocniej niż każda deklaracja o merytorycznym programie. Materiał wideo z wydarzenia działa dokładnie wtedy, gdy zawiera takie zdania, i nie działa, gdy jest montażem ujęć z muzyką.
Wydarzenia wewnętrzne i partnerskie mają ten sam problem w innej walucie. Nikt nie płaci za wejście, więc jedynym kosztem po stronie uczestnika jest czas, a jedynym miernikiem marki jest to, czy ludzie przychodzą, kiedy nie muszą.
Test jest prosty: gdyby udział był w pełni dobrowolny, bez listy obecności i bez pytania przełożonego, ile osób by przyszło. Odpowiedź zwykle jest znana wszystkim w firmie i nikt jej nie wypowiada na głos.
W takich wydarzeniach markę buduje się trzema rzeczami. Po pierwsze, stałą formułą, którą da się opowiedzieć nowej osobie w jednym zdaniu. Po drugie, tym, że coś z wydarzenia rzeczywiście wchodzi w życie firmy, bo nic nie niszczy marki wydarzenia wewnętrznego szybciej niż wnioski, które nigdzie nie trafiają. Po trzecie, konsekwencją terminu. Spotkanie przekładane co kwartał uczy ludzi, że nie jest ważne.
Z mojego doświadczenia wydarzenia wewnętrzne najszybciej zyskują markę wtedy, gdy mają jedną rzecz, której nie da się dostać nigdzie indziej w organizacji: bezpośredni dostęp do decydenta, realny wpływ na jakąś decyzję albo widoczność dla ludzi, których praca na co dzień jest niewidoczna.
Nie naprawi formatu, którego nikt nie potrzebuje. Jeżeli wydarzenie powstało, bo konkurencja ma swoje, żadna praca nad obietnicą tego nie odwróci, a spójna komunikacja jedynie szybciej doprowadzi ludzi do rozczarowania.
Nie zastąpi też jakości pojedynczej edycji. Marka daje kredyt zaufania na start, ale ten kredyt jest ograniczony do jednego, najwyżej dwóch nieudanych razy. Wydarzenia cykliczne nie umierają z hukiem, tylko tracą po kilkanaście procent frekwencji przez trzy lata z rzędu, aż ktoś w końcu zauważa.
Uczciwie o danych: nie znam badania mierzącego wartość marki wydarzenia na polskim rynku. Dostępne raporty branżowe pokazują liczbę wydarzeń i uczestników, nie siłę marki. To, co tu opisuję, opiera się na obserwacji projektów, przez które przechodziłem, i na przeniesieniu klasycznych mechanizmów budowania marki na kategorię wydarzeń. Traktujcie to jako ramę do sprawdzenia u siebie, nie jako wynik pomiaru.
Uważam, że w najbliższych latach wydarzenia cykliczne w Polsce podzielą się wyraźnie na dwie grupy: te z własną marką, sprzedające kolejne edycje przed ogłoszeniem programu, i te, które będą kupować frekwencję co roku od nowa, przy rosnących kosztach dotarcia.
Argument za: koszt dotarcia rośnie szybciej niż budżety marketingowe, a jednocześnie spada skuteczność reklamy w kanałach, w których organizatorzy kupowali zasięg. Przewagę zyskują ci, którzy mają bazę wracających uczestników.
Argument przeciw: w wielu firmach wydarzenie jest projektem jednego działu i zmienia właściciela co dwa, trzy lata. Marka wymaga ciągłości decyzji przez pięć lat, a rotacja na stanowiskach marketingowych jest szybsza. Możliwe więc, że marki wydarzeń będą powstawać głównie tam, gdzie organizatorem jest podmiot, dla którego wydarzenie jest produktem, a nie kosztem promocji.
Praktycznie od trzeciej, bo dopiero wtedy powtarzalność staje się widoczna dla uczestnika. Pierwsza edycja buduje ciekawość, druga sprawdza obietnicę, trzecia potwierdza, że wydarzenie jest stałym punktem w kalendarzu. Warunek jest jeden: przez te trzy lata obietnica i format muszą zostać rozpoznawalne, a nie zmieniać się do gruntu co roku.
Kasuje znaczną jego część, dlatego zmiany nazwy nie robi się bez mocnego powodu. Jeżeli musi nastąpić, warto przez co najmniej dwie edycje prowadzić obie nazwy równolegle i wprost tłumaczyć ciągłość, dokładnie tak, jak robi się to przy zmianie nazwy produktu. Sama zmiana identyfikacji wizualnej bez zmiany nazwy jest znacznie mniej kosztowna.
Nie ma jednej odpowiedzi, ale kierunek zmiany jest przewidywalny: im silniejsza marka, tym większa część budżetu przesuwa się z kupowania zasięgu na materiały budujące dowód i na komunikację do bazy wracających uczestników. Organizatorzy, którzy przeszli tę drogę, wydają podobne pieniądze, tylko na co innego.
Potrzebuje rozpoznawalności, co nie musi oznaczać osobnego logotypu. Wystarczy stały element, po którym ludzie poznają, że to ta sama rzecz: formuła zaproszenia, sposób prowadzenia, miejsce, godzina. Osobna identyfikacja ma sens przy wydarzeniach, które trwają lata i mają własną publiczność wykraczającą poza jeden dział.
Licząc koszt dotarcia na uczestnika w kolejnych latach i pokazując, jak zmienia się udział zapisów przed ogłoszeniem programu. To dwie liczby, które da się zebrać bez dodatkowego budżetu i które mówią językiem zarządu, czyli językiem kosztu i przewidywalności.
Spisać obietnicę, format i powtarzalne elementy w jednym dokumencie i traktować go jak dokumentację produktu, a nie jak notatkę z projektu. Bez tego każdy kolejny właściciel zaczyna od przeprojektowania wydarzenia pod siebie, co jest najczęstszą przyczyną, dla której marki wydarzeń w firmach nie powstają.
Czego świadomie nie podaję: liczb opisujących wartość marki wydarzenia na polskim rynku. Takiego badania nie znam, a przenoszenie wskaźników z badań nad markami produktowymi wprost na wydarzenia byłoby nadużyciem.
Zapisz jedno zdanie, które opisuje obietnicę waszego wydarzenia, i wyślij je pięciu osobom z zespołu z prośbą o zrobienie tego samego bez zaglądania do twojej wersji. Rozbieżność, którą zobaczysz, jest dokładną miarą tego, ile pracy dzieli was od marki.
Kolejny krok zależy od tego, gdzie jesteście. Jeżeli problemem jest program, który co roku musi być mocniejszy, zacznij od tekstu o tym, jak ułożyć program konferencji. Jeżeli chodzi o partnerów, którzy nie wracają, punktem wyjścia jest materiał o ofercie sponsoringowej dla partnera. Sprzedaż biletów przed ogłoszeniem programu opisałem od strony mechaniki cenowej w tekście o cenach early bird, a pierwszy punkt styku uczestnika z wydarzeniem rozbieram w materiale o projektowaniu rejestracji.

Z tego artykułu dowiesz się, w którym momencie kolejna drobna zmiana przestaje być drobna, jak policzyć, ile dodatkowej pracy oddaliście klientowi bez faktury, które zmiany są normalną częścią projektu eventowego, a które nowym zakresem, jak zapisać to w umowie bez tonu windykatora i co powiedzieć w trakcie projektu, zamiast robić rachunek sumienia po nim.
Trzeci tydzień przed wydarzeniem. Klient pisze, że zarząd chce jednak dołożyć panel dyskusyjny, „bo to tylko czterdzieści minut w programie". Czterdzieści minut oznacza czterech panelistów do zaproszenia i obsłużenia, moderatora, przesunięcie cateringu, nowy rider techniczny, aktualizację materiałów drukowanych i trzy rundy uzgodnień pytań. W ofercie panelu nie było.
Inny projekt, ta sama skala. Klient prosi o zmianę koncepcji scenografii, dostaje odpowiedź w ciągu dnia: możemy to zrobić, oto co się zmienia w harmonogramie i w kosztorysie, decyzję potrzebujemy do piątku. Zmiana wchodzi, kosztuje osiem tysięcy więcej i nikt nie wraca do tematu po wydarzeniu, bo wszystko zostało uzgodnione na piśmie w trakcie.
Różnica między tymi dwoma projektami nie leży w kliencie. Leży w tym, kiedy padło zdanie o konsekwencjach.
W skrócie: rozrost zakresu w eventach kosztuje więcej niż w innych usługach, bo każda zmiana pociąga dostawców, wersje dokumentów i ludzi zabookowanych na konkretny dzień. Zabezpieczeniem nie jest twardsza umowa, tylko rejestr zmian prowadzony od pierwszego dnia i jedno zdanie o konsekwencji wypowiadane przy każdej prośbie, zanim zespół zacznie ją realizować.
W momencie, w którym dotyka trzeciej strony. Poprawka w prezentacji jest wewnętrzna. Zmiana godziny rozpoczęcia dotyka obiektu, cateringu, techniki, transportu i wszystkich, którzy dostali już zaproszenie z godziną.
To jest praktyczna linia podziału, którą warto mieć w głowie podczas rozmowy z klientem. Zmiany wewnątrz jednego elementu są tanie. Zmiany, które przechodzą przez umowy z dostawcami albo przez komunikację do uczestników, są drogie niezależnie od tego, jak niewinnie brzmią.
Tomasz Maciąg, który w Creative Sparks pisze o pracy usługowej i wycenach, opisuje mechanizm narastania zakresu jako sumę małych ustępstw, z których każde z osobna wygląda na nieistotne. W eventach ten mechanizm ma jeszcze jedną właściwość: działa pod presją daty. Wydarzenie nie może się przesunąć, więc każda zmiana wprowadzona późno jest realizowana kosztem czyjegoś weekendu albo kosztem marży, a nie kosztem terminu.
Z siedmiuset projektów, które przeszły przez moje ręce, najdrożej kosztowały nie te zmiany, które były duże, tylko te, które przyszły po zamknięciu listy dostawców. Duża zmiana w ósmym tygodniu przed wydarzeniem bywa tańsza niż mała w drugim.
Najprostszy rachunek, jaki znam, robi się na jednym zamkniętym projekcie i zajmuje godzinę.
Pięć rzeczy do wypisania z ostatniego dużego projektu:
Potem przeliczcie pozycje trzecią i czwartą na dniówki, a piątą na realną różnicę w kosztach. Liczba, która wyjdzie, zwykle mieści się między jedną a trzema dniówkami zespołu przy średnim projekcie i potrafi zjeść większość marży przy projekcie o napiętym budżecie.
Ten rachunek ma jeden cel i nie jest nim wystawienie faktury wstecz. Chodzi o to, żeby przy kolejnej wycenie wiedzieć, ile faktycznie kosztuje wasz sposób pracy z klientem, i żeby w rozmowie o cenie operować liczbą, a nie poczuciem krzywdy.
Nie każda zmiana jest rozrostem zakresu i traktowanie jej tak niszczy relację szybciej niż darmowa praca. Klient ma prawo zmieniać zdanie, bo jego biznes też się zmienia między briefem a realizacją.
Granica, którą stosuję, brzmi prosto: zmiana w ramach uzgodnionego zakresu jest normalną częścią projektu, zmiana, która ten zakres powiększa, jest nowym zakresem. Poprawki w scenariuszu to pierwsze. Dołożenie drugiej sceny to drugie. Problem polega na tym, że nikt nie zapisał zakresu wystarczająco dokładnie, żeby ta granica była widoczna dla obu stron.
Trzy rzeczy, które trzeba zapisać na starcie, żeby granica była czytelna:
Ostatni punkt jest najważniejszy i najrzadziej stosowany. Data odcięcia działa lepiej niż jakikolwiek zapis o dodatkowym wynagrodzeniu, bo nie ocenia zmiany, tylko moment, w którym się pojawiła. Rozmowa przestaje dotyczyć tego, czy prośba jest uzasadniona, a zaczyna dotyczyć kalendarza.
Zapisy o zmianach mają w umowach usługowych złą sławę, bo bywają pisane językiem, który zakłada spór. Ten sam mechanizm da się opisać jako element procesu, a nie jako sankcję.
Działa konstrukcja trójdzielna. Najpierw definicja zakresu, wypisana konkretnie. Potem procedura zmiany: klient zgłasza, wykonawca w ciągu dwóch dni roboczych podaje wpływ na harmonogram i koszt, klient akceptuje albo rezygnuje. Na końcu data odcięcia i zasada, że po niej zmiany wymagają pisemnego aneksu.
Warstwa językowa ma znaczenie. „Każda zmiana zakresu będzie dodatkowo płatna" brzmi jak zapowiedź kłopotów. „Zmiany są naturalną częścią projektu, dlatego ustalamy, jak je wprowadzać bez ryzyka dla terminu" opisuje to samo i nie ustawia klienta w roli podejrzanego. Standard zarządzania projektami, opisany w przewodniku PMBOK wydanym przez Project Management Institute, nazywa to po prostu kontrolą zmian i traktuje jako normalny element prowadzenia projektu, a nie jako środek obronny.
Jedna uwaga z praktyki: umowa z takim zapisem chroni głównie w projektach, które idą źle. W projektach, które idą dobrze, nikt do niej nie zagląda, a rolę zabezpieczenia pełni rejestr zmian i to, że ktoś go prowadzi.
Jedno zdanie, wypowiadane za każdym razem, gdy pojawia się prośba spoza zakresu: „Możemy to zrobić, i tak wygląda konsekwencja". Potem konkret: czas, koszt, wpływ na inny element.
To zdanie robi trzy rzeczy naraz. Nie odmawia, więc nie psuje relacji. Przenosi decyzję na klienta, który ma pełne prawo powiedzieć, że mimo wszystko chce. I zostawia ślad, do którego można wrócić, gdy po wydarzeniu ktoś zapyta, dlaczego projekt kosztował więcej.
Najczęstszy błąd polega na milczeniu do czasu podsumowania. Zespół realizuje kolejne prośby, rośnie zmęczenie, a rozmowa o pieniądzach odbywa się dopiero wtedy, gdy wydarzenie już się odbyło i klient jest zadowolony. W tym momencie każda próba rozliczenia dodatkowej pracy brzmi jak wyciąganie ręki po premię za dobrze wykonaną robotę.
Praktyka, która działa najlepiej w projektach eventowych: krótki rejestr zmian, jedna tabela w dokumencie współdzielonym z klientem, uzupełniana na bieżąco. Data, zgłoszenie, wpływ, decyzja. Klient widzi ją przez cały projekt, więc nic nie jest niespodzianką, a zespół nie musi prowadzić rachunku krzywd w głowie.
Nie da się zabezpieczyć sytuacji, w której zmienia się osoba decyzyjna po stronie klienta w połowie projektu. Nowy człowiek nie czuje się związany ustaleniami poprzednika, a formalnie ma rację, bo umowa wiąże firmy, nie osoby.
Nie da się też zabezpieczyć presji, która pojawia się w ostatnim tygodniu. Można mieć doskonały zapis o aneksach i nie skorzystać z niego, bo alternatywą jest awantura na dwa dni przed wydarzeniem, na którą nikt nie ma miejsca w głowie.
Uczciwie: nie znam badania, które pokazywałoby skalę rozrostu zakresu w polskich projektach eventowych. Liczby, które krążą po branży, pochodzą z prezentacji sprzedażowych narzędzi do zarządzania projektami i nie mają ujawnionej metodologii. Polska Organizacja Turystyczna wspólnie z Poland Convention Bureau w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025" podaje, że siedemdziesiąt dziewięć procent wydarzeń korporacyjnych firmy organizują samodzielnie. To mówi tyle, że znaczna część tych projektów prowadzona jest przez zespoły wewnętrzne, gdzie rozrost zakresu nie kończy się rozmową o marży, tylko nadgodzinami, których nikt nie liczy.
Uważam, że rejestr zmian stanie się w ciągu kilku lat standardem w projektach eventowych powyżej pewnej skali, podobnie jak wcześniej stały się nim harmonogramy produkcyjne i listy kontrolne bezpieczeństwa.
Argument za: rośnie liczba firm, które kupują wydarzenia w trybie przetargowym, a w tym trybie rozliczenie zakresu jest częścią dokumentacji, nie kwestią dobrej woli. Zespoły, które prowadzą rejestr, wygrywają te rozmowy, bo mają czym odpowiedzieć na pytanie o różnicę między ofertą a fakturą.
Argument przeciw: w mniejszych projektach koszt prowadzenia rejestru bywa wyższy niż wartość spornej pracy, a relacja z klientem opiera się na nieformalnej wymianie przysług, która działa w obie strony. Wykonawca dokłada godzinę, klient przymyka oko na opóźnienie. Wprowadzenie formalnego rejestru do takiej relacji potrafi ją zepsuć szybciej, niż uratować marżę.
Przy koncepcji i scenariuszu sprawdzają się dwie albo trzy rundy, liczone od wersji będącej podstawą wyceny. Mniej niż dwie jest nierealistyczne, bo pierwsza wersja rzadko trafia w oczekiwania. Więcej niż trzy oznacza zwykle, że problem leży nie w liczbie poprawek, tylko w tym, że brief nie został domknięty przed startem prac.
Tak i lepiej zrobić to od razu niż czekać na kolejny projekt. Wystarczy powiedzieć klientowi, że od tego momentu spisujecie ustalenia w jednym miejscu, żeby nic nie zginęło przy tempie prac. W tej formie nikt tego nie odbiera jako zaostrzenia zasad, bo korzyść jest po obu stronach.
Sprawdzić, czy ktokolwiek zakomunikował mu konsekwencję w momencie zgłaszania prośby. Jeżeli nie, spór jest przegrany na starcie i lepiej potraktować to jako koszt nauki, a ustalenia zmienić przy kolejnej umowie. Jeżeli tak, rozmowę prowadzi się na dokumencie, nie na emocjach.
Dotyczy w jeszcze większym stopniu, tylko walutą jest czas ludzi, a nie pieniądze. Dział marketingu organizujący wydarzenie dla zarządu przerabia dokładnie ten sam mechanizm, z tą różnicą, że nadgodziny nigdzie się nie pojawiają w podsumowaniu projektu. Rejestr zmian jest tam jedynym dowodem, że zakres urósł.
Zwykle w momencie kontraktowania kluczowych dostawców, czyli przy wydarzeniach średniej skali na cztery, pięć tygodni przed datą. Po tym punkcie każda zmiana oznacza renegocjację z kimś z zewnątrz, a renegocjacja w trybie pilnym prawie zawsze kosztuje więcej niż pierwotne zamówienie.
Psuje ją prośba zgłoszona po fakcie. Informacja o koszcie podana w momencie zgłoszenia zmiany jest po prostu elementem pracy i tak jest odbierana. W projektach, w których stosowałem to konsekwentnie, klienci częściej rezygnowali z części zmian, niż protestowali przeciwko dopłacie.
Czego świadomie nie podaję: procentów mówiących o skali rozrostu zakresu w projektach eventowych. Nie znam badania dla polskiego rynku, a liczby powtarzane w branży pochodzą z materiałów marketingowych dostawców oprogramowania.
Otwórz ofertę ostatniego dużego wydarzenia i zestaw ją z tym, co faktycznie dowieźliście. Wypisz różnice, przelicz je na dni pracy i zapisz tę liczbę w miejscu, do którego zajrzysz przy następnej wycenie. To jest cała analiza.
Jeżeli pracujesz po stronie klienta i ten tekst czytasz z drugiej strony stołu, przydatne będzie zestawienie tego, co realnie kupujesz, kiedy zamawiasz wydarzenie na zewnątrz, opisane w materiale o agencji kontra własnym zespole oraz w tekście o organizacji imprez firmowych z agencją albo z event managerem. Zasady dobrej współpracy obu stron rozbieram na czynniki w tekście o współpracy klienta z agencją, a jeżeli chcesz zacząć od strony pieniędzy, punktem wyjścia jest planowanie budżetu imprezy firmowej.

Z tego artykułu dowiesz się, jak przeprowadzić ćwiczenie polegające na zdejmowaniu z wydarzenia kolejnych warstw, od sceny przez expo po catering, co zostaje, gdy zabierzecie każdą z nich, dlaczego stoiska są zwykle najdroższym elementem o najsłabszym wyniku, jak zrobić to ćwiczenie z zespołem i z klientem bez kłótni, oraz czego ta metoda nie rozstrzygnie.
Konferencja branżowa, druga edycja. Program ma czternaście wystąpień, dwa panele i strefę expo z jedenastoma stoiskami. Organizator pokazuje mi agendę i pyta, czy da się dołożyć jeszcze jedną ścieżkę tematyczną, bo partnerzy naciskają. Pytam, ilu uczestników zostało na ostatniej sesji poprzedniej edycji. Nie wie, bo nikt nie liczył.
Drugie wydarzenie, ten sam miesiąc. Organizator wycina z programu połowę wystąpień, zostawia sześć, a uwolniony czas oddaje na trzy bloki rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Sprzedaż biletów na kolejną edycję rusza przed publikacją listy prelegentów i idzie szybciej niż rok wcześniej.
Ten tekst opisuje ćwiczenie, które pozwala sprawdzić, po której stronie stoi wasze wydarzenie, zanim zapłacicie za scenę.
W skrócie: zdejmij z wydarzenia po kolei scenę, expo, catering i gadżety, i po każdym ruchu odpowiedz na jedno pytanie: co nadal uzasadnia przyjazd. Elementy, po usunięciu których nie zostaje żaden powód, są kosztem obecności, nie źródłem wartości. Ćwiczenie zajmuje dziewięćdziesiąt minut i zwykle zmienia budżet mocniej niż kolejna runda negocjacji z dostawcami.
We wniosku o wyjazd wpisuje program. Prosi przełożonego o dwa dni i podpiera się listą tematów, bo to jedyny argument, który wygląda dobrze w mailu do działu, który zatwierdza koszty. Ten sam człowiek, zapytany po wydarzeniu, co było najcenniejsze, wymienia zwykle rozmowę przy kawie albo jedną osobę, którą poznał.
Julius Solaris, który od lat analizuje rynek wydarzeń i publikuje między innymi w Boldpush, zwraca uwagę na tę samą rozbieżność: uczestnicy kupują możliwość spotkania właściwych ludzi, a organizatorzy komunikują program. Z mojej perspektywy to nie jest zarzut wobec programu. Program jest biletem wstępu do rozmowy i pretekstem, który przechodzi przez akceptację budżetu. Problem zaczyna się wtedy, gdy organizator uzna, że skoro program sprzedał bilety, to program jest produktem.
Polska Organizacja Turystyczna wspólnie z Poland Convention Bureau podaje w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025", obejmującym dane za rok dwa tysiące dwudziesty czwarty, że konferencji i kongresów odbyło się osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery, a sześćdziesiąt dziewięć procent z nich trwało jeden dzień. Jednodniowy format oznacza, że cała wartość musi zmieścić się w kilku godzinach, w których uczestnik siedzi głównie tyłem do innych uczestników i przodem do sceny.
Pierwszy ruch ćwiczenia jest najbardziej niewygodny, bo scena jest tym, co organizator pokazuje zarządowi jako dowód rangi wydarzenia. Zabierzcie ją na kartce i sprawdźcie, co dalej trzyma ten projekt.
W dobrze zaprojektowanym wydarzeniu zostaje zwykle trzeci i czwarty element: dostęp do ludzi, których nie da się spotkać gdzie indziej w takim zagęszczeniu, oraz kontekst, który sprawia, że rozmowa z nimi jest łatwiejsza niż telefon w środę. W wydarzeniu skopiowanym z poprzedniego roku nie zostaje nic, bo cała konstrukcja opiera się na dwunastu wystąpieniach, z których osiem uczestnik mógł obejrzeć później na nagraniu.
Test praktyczny, który stosuję: wyobraźcie sobie, że publikujecie wszystkie prezentacje tydzień przed wydarzeniem. Jeżeli to pytanie budzi popłoch, znaczy to, że treść jest jedynym produktem, a treść jest dzisiaj najtańszym towarem na rynku.
Prowadząc wydarzenia ze sceny przez kilkanaście lat, widziałem tę zależność z bliska. Sale pustoszeją nie wtedy, gdy prelegent jest słaby, tylko wtedy, gdy uczestnik zorientuje się, że to samo dostanie z nagrania, a rozmowy na korytarzu nie dostanie już nigdy.
Bo kupuje się je jako powierzchnię, a rozlicza jako kontakt. Partner płaci za metry kwadratowe i zabudowę, organizator sprzedaje obecność, a nikt po obu stronach nie projektuje powodu, dla którego uczestnik miałby zrobić ostatnie dwadzieścia metrów w stronę konkretnego stoiska.
Zdejmijcie expo i zapytajcie partnerów, czy bez stoiska nadal chcą być na waszym wydarzeniu i za co konkretnie zapłacą. Odpowiedzi rozkładają się zwykle na trzy grupy. Część partnerów natychmiast wymieni rzeczy, które kupują naprawdę: dostęp do dwudziestu nazwisk, wspólną sesję z klientem, obecność w materiale po wydarzeniu. Część zapyta, co dostaną w zamian, i to jest dobra rozmowa. Część powie, że bez stoiska nie widzi sensu, i to też jest informacja, tylko mniej przyjemna.
W jednym z projektów przeprojektowaliśmy obecność wystawcy z klasycznego układu, w którym stoisko obsługiwały dwie hostessy, na piętnastoosobowy zespół z podziałem ról i scenariuszami rozmów. Zmieniło się nie stoisko, tylko to, kto na nim stoi i po co. Format klient powtórzył w kolejnym roku, choć zabudowa była skromniejsza.
Po zdjęciu sceny i expo zostaje warstwa, o którą warto zapytać na końcu: co z tego, co kosztuje najwięcej, da się odtworzyć za darmo, a co za żadne pieniądze.
Pięć elementów, które w tym ćwiczeniu wypadają najczęściej:
To nie znaczy, że każdy z tych elementów jest zbędny. Znaczy, że żaden z nich nie obroni się sam i każdy potrzebuje odpowiedzi na pytanie, jakie zachowanie uczestnika ma wywołać. Kolacja zaprojektowana jako sposób na przemieszanie ludzi z różnych firm wygląda inaczej niż kolacja zaprojektowana jako element prestiżu.
Elementy, które w tym ćwiczeniu bronią się niemal zawsze, są trzy: dobór uczestników, sposób prowadzenia rozmowy między nimi oraz to, co zostaje po wydarzeniu w formie kontaktu, materiału albo wspólnie wypracowanego dokumentu. Żaden z nich nie wymaga dużych pieniędzy. Wszystkie wymagają decyzji podjętych wcześnie.
Blok trwa dziewięćdziesiąt minut i potrzebuje jednej osoby, która pilnuje, żeby nie zamienił się w obronę zeszłorocznego budżetu.
Cztery kroki, w tej kolejności:
Pierwszy przebieg zwykle kończy się kłótnią o scenę, bo w zespołach eventowych scena ma status symboliczny. Warto ją wtedy odłożyć i wrócić do niej na końcu, gdy reszta warstw jest już rozebrana i widać, ile rzeczy trzymało się wyłącznie przyzwyczajenia.
Z klientem to ćwiczenie robi się inaczej niż z własnym zespołem. Klient broni decyzji, za które odpowiada przed zarządem, więc pytanie „po co to jest" słyszy jako zarzut. Pomaga przeformułowanie: nie pytamy, co wyciąć, tylko co obroni się samo, gdyby w przyszłym roku budżet spadł o trzydzieści procent. To ta sama analiza, ale rozmowa idzie o priorytety, a nie o czyjeś dawne wybory.
Ćwiczenie kończy się listą warstw, które mają się obronić. Bez pomiaru ta lista jest opinią zespołu, a opinia zespołu przegra z pierwszym telefonem od partnera, który zapyta o swoje stoisko.
Metryki wydarzenia układają się na czterech poziomach i większość organizatorów zatrzymuje się na dwóch pierwszych. Operacyjne mówią, ilu ludzi przyszło i czy harmonogram się trzymał. Metryki doświadczenia mówią, jak uczestnicy ocenili wydarzenie. Obie grupy są łatwe do zebrania i obie potrafią wyglądać świetnie przy wydarzeniu, po którym nic się nie zmieniło.
Dopiero trzeci poziom, czyli zachowania, sprawdza wnioski z ćwiczenia. Ilu uczestników umówiło rozmowę w ciągu dwóch tygodni. Ilu wróciło na kolejną edycję. Ilu przyjechało z polecenia kogoś, kto był rok wcześniej. Ile rozmów odbyło się w strefach, które projektowaliście jako relacyjne, a ile w kolejce po kawę, której nikt nie projektował.
Cztery liczby, które warto zbierać przy każdej edycji:
Ostatnia pozycja jest najbardziej niedoceniana. Partner, który podpisuje się pod wydarzeniem, zanim zobaczy listę prelegentów, kupuje publiczność, a nie scenę. Rosnący udział takich partnerów oznacza, że warstwa relacyjna faktycznie ma wartość rynkową, i jest to twardszy dowód niż każda ankieta satysfakcji.
Pomiar ustawiamy przed wydarzeniem, nie po nim. Kto zbiera dane, w jakim momencie, po ilu dniach wracamy do uczestników i kto odpowiada za kontakt z leadami partnerów. Bez tych czterech ustaleń pomiar kończy się na liczbie wejść przez bramki.
Nie powie wam, ile warta jest scena w oczach partnera, który kupuje obecność ze względów wizerunkowych, a nie sprzedażowych. Nie zmierzy wpływu wydarzenia na decyzje zakupowe, bo w procesie B2B między spotkaniem a podpisem mija zwykle kilka miesięcy i kilka innych punktów styku.
Nie zastąpi też danych. Ćwiczenie porządkuje myślenie zespołu, ale opiera się na tym, co zespół sądzi o uczestnikach. Prawdziwą odpowiedź dają obecność na ostatniej sesji, liczba umówionych rozmów, procent uczestników wracających na kolejną edycję oraz to, ilu z nich przyjeżdża na zaproszenie kogoś, kto był rok wcześniej.
Warto też uczciwie powiedzieć, czego nie wiemy o polskim rynku. Nie istnieje badanie pokazujące, jaka część wartości konferencji B2B w Polsce przypada na warstwę programową, a jaka na relacyjną. Dane branżowe opisują liczbę wydarzeń i uczestników, nie strukturę ich wartości. Każdy, kto podaje tu procenty, podaje własną intuicję w kostiumie statystyki.
Uważam, że w ciągu trzech, czterech lat warstwa programowa polskich konferencji branżowych zacznie się kurczyć, a rosnąć będzie warstwa doboru uczestników i formatów rozmowy. Powód jest prozaiczny: treść stała się darmowa i dostępna na żądanie, a dostęp do właściwych ludzi nie.
Argument za: wydarzenia, które już to zrobiły, sprzedają kolejne edycje przed ogłoszeniem programu. To najtwardszy sygnał, jaki zna ten rynek, bo oznacza, że uczestnik kupuje samo wydarzenie, a nie listę nazwisk.
Argument przeciw: sponsorzy finansują obecnie głównie widoczność, a widoczność potrzebuje sceny i stoiska. Dopóki modele sprzedaży partnerstwa opierają się na logotypie i metrach kwadratowych, organizator, który zdejmie scenę, może stracić pieniądze szybciej, niż zbuduje nową wartość. Ta zmiana wydarzy się więc najpierw tam, gdzie wydarzenie utrzymuje się z biletów, a dopiero potem tam, gdzie żyje ze sponsorów.
Dziewięćdziesiąt minut przy pięciu, sześciu osobach. Potrzebujecie kogoś od programu, kogoś od produkcji, kogoś od sprzedaży partnerstwa i kogoś, kto rozmawia z uczestnikami po wydarzeniu. Bez tej ostatniej roli ćwiczenie zamienia się w dyskusję o preferencjach zespołu. Przy większej grupie rozpada się na obronę poszczególnych działów.
Tak i tam działa jeszcze ostrzej, bo uczestnicy nie płacą za bilet, więc jedynym kosztem po ich stronie jest czas. Pytanie brzmi wtedy: gdyby udział był dobrowolny i nie było listy obecności, kto by przyszedł. Odpowiedź zwykle porządkuje program szybciej niż ankieta.
To nie jest katastrofa, tylko punkt wyjścia. Oznacza, że wydarzenie utrzymuje się z przyzwyczajenia i ma jeszcze jedną, może dwie edycje, zanim frekwencja zacznie spadać. Mając tę wiedzę rok wcześniej, możecie przeprojektować format, zamiast tłumaczyć zarządowi spadek.
Nie. Oznacza sprawdzenie, czy prelegent jest powodem przyjazdu, czy ozdobą programu. W wielu formatach ten sam człowiek daje więcej wartości w rozmowie przy stole dla dwudziestu osób niż w wystąpieniu do trzystu. Scena zostaje tam, gdzie treść wymaga jednego kierunku przekazu.
Pokazując, co dostaje zamiast metrów: liczbę rozmów z konkretnym profilem uczestnika, obecność w sesji roboczej, wspólny materiał po wydarzeniu. Sponsor kupuje efekt, a stoisko jest tylko najbardziej znanym opakowaniem tego efektu. Rozmowa udaje się wtedy, gdy macie dane o uczestnikach, a nie samą deklarację.
Ma nawet większy, bo przy pierwszej edycji nie bronicie jeszcze niczyich decyzji. Robi się je wtedy odwrotnie: zamiast zdejmować warstwy, dokładacie je pojedynczo i po każdej sprawdzacie, czy powód przyjazdu stał się mocniejszy, czy tylko program dłuższy.
Czego świadomie nie podaję: procentowego podziału wartości konferencji na warstwę programową i relacyjną. Nie znam badania, które mierzyłoby to na polskim rynku, a liczby krążące w branżowych prezentacjach nie mają ujawnionej metodologii.
Weź agendę ostatniego wydarzenia i wykreśl z niej scenę. Potem expo. Potem kolację. Po każdym skreśleniu zapisz jedno zdanie o tym, co nadal uzasadnia przyjazd. Jeżeli przy którymś ruchu zabraknie zdania, masz dokładnie wskazane miejsce, od którego zaczyna się praca projektowa.
Jeżeli chcesz iść dalej, kolejnym krokiem jest przełożenie tych wniosków na godziny i bloki, co opisałem w tekście o tym, jak ułożyć program konferencji. Warstwę relacyjną, czyli to, co zwykle broni się w tym ćwiczeniu jako pierwsze, rozbieram na czynniki w materiale o projektowaniu networkingu na wydarzeniu. Jeżeli wolisz spojrzeć na całość oczami uczestnika, zacznij od mapy doświadczeń uczestnika, a jeżeli rozmowa dotyczy pieniędzy, od audytu eventu przed budżetem. Podstawy organizacyjne zebrałem osobno w poradniku o tym, jak zorganizować konferencję.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.