Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Zadaję je od 12 lat i okazuje się, że marketing B2B wielu firm jest prowadzony ,,na czuja”, bez danych, strategii i oczywiście... bez efektu.
Pomogę Ci poukładać procesy, rozwinąć zespół, stworzyć odważne kampanie oraz eventy, które nie tylko wyróżnią Twoją firmę, ale także zbudują długotrwałe relacje z klientami.

Masz konkretny problem, który chcesz rozwiązać lub potrzebujesz indywidualnego doradztwa? Spotkajmy się jeden na jeden.
Możemy omówić następujące obszary:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
250 zł netto / 60 min
850 zł netto / pakiet 4x60 min
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Twój zespół potrzebuje nowych kompetencji? Praktyczne warsztaty, które rozwiną ich umiejętności, dopasowane do potrzeb Waszej firmy.
Szkolenia dostosowane do potrzeb:
· Zespół 3-8 os
· Online / offline
· Interaktywne ćwiczenia
· Case studies i przykłady
· Gotowe narzędzia do wdrożenia
Cena:
3000 zł netto / dzień szkoleniowy
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Potrzebujesz dynamicznego i merytorycznego prelegenta na swoje wydarzenie?
Zapraszam do współpracy:
· Prelekcje i panele eksperckie
· Moderacja dyskusji i debat
· Warsztaty i szkolenia podczas konferencji
· Prowadzenie wydarzeń jako konferansjer lub host
Dodatkowo: pomogę w stworzeniu scenariusza scenicznego
czy przygotowaniu zespołu do wystąpienia na scenie.
Cena:
2000–3000 zł netto










Książka zawiera wszystko, czego sam szukałem zaczynając pracę w branży eventowej. Sprawdzone procesy, narzędzia i wskazówki, które oszczędzą Ci nauki na własnych błędach.
Ten przewodnik pokaże Ci krok po kroku, jak stać się skutecznym event managerem.
Przegląd najciekawszych wydarzeń branżowych - konferencje, szkolenia
i warsztaty, na których trzeba być! Zobacz, gdzie możesz posłuchać o marketingu B2B, zaczerpnąć inspiracji do swoich działań i networkingować.
Konkretna wiedza z marketingu B2B i event marketingu.
Bez lania wody, za to z instrukcją "jak to zrobić".
Bo teoria bez praktyki jest bezużyteczna.
Z tego artykułu dowiesz się: czym EVP różni się od zestawu przymiotników z warsztatu, jaki jeden test pokazuje, czy Wasze EVP istnieje naprawdę, jak przełożyć każdy jego element na konkretne wydarzenie lub program i jak zbudować z niego roczny kalendarz działań dla pracowników.
W skrócie: EVP działa wtedy, gdy dla każdego jego elementu potrafisz wskazać moment w roku, w którym pracownik tego doświadcza. Jeżeli takiego momentu nie ma, obietnica jest deklaracją, a ludzie to wyczuwają szybciej niż dział HR. Traktuj EVP jak brief dla kalendarza wydarzeń pracowniczych, nie jak materiał dla grafika.
Employee value proposition powstaje zwykle tak samo: warsztat z zarządem, kilka godzin dyskusji, na wyjściu cztery albo pięć haseł. Rozwój. Współpraca. Wpływ. Elastyczność. Potem grafik ubiera to w layout, HR wrzuca do ogłoszeń rekrutacyjnych i na stronę kariery, a zarząd odhacza temat.
Rok później ktoś pyta, dlaczego kandydaci nie widzą różnicy między nami a konkurencją.
Bo powstaje jako komunikat, a miało powstać jako obietnica. Różnica jest praktyczna: komunikat wystarczy ładnie sformułować, obietnicę trzeba spełnić w konkretnym momencie i w sposób, który człowiek zapamięta.
Dochodzi drugi problem. Większość zestawów EVP w polskich firmach jest wymienna. Zasłoń logo i nie odróżnisz producenta okien od software house'u, bo obie firmy obiecują rozwój, dobrą atmosferę i realny wpływ. Obietnica, która pasuje do każdego, nie przyciąga nikogo.
To ten sam mechanizm, który opisałem przy wartościach firmowych: deklaracja bez doświadczenia buduje cynizm, nie zaangażowanie. EVP jest tego szczególnym przypadkiem, bo dotyczy nie tylko obecnych pracowników, ale też kandydatów, którzy weryfikują obietnicę w pierwszym miesiącu pracy.
Jest test, który zajmuje kwadrans i nie wymaga budżetu. Wypisz elementy swojego EVP w kolumnie, a obok każdego wpisz moment z ostatnich dwunastu miesięcy, w którym przeciętny pracownik tego doświadczył. Nie „mamy taką wartość", tylko konkretne wydarzenie, sytuację albo decyzję, którą da się opowiedzieć.
W większości firm, z którymi rozmawiam, dwa z czterech elementów mają pustą rubrykę, a jeden wpis ogólny. To nie jest powód do wstydu, tylko punkt startu: wiadomo, czym zająć się najpierw.
Każdy element potrzebuje własnego nośnika: wydarzenia, programu albo zmiany w procesie, którą ludzie odczują. Poniżej cztery najczęstsze obietnice i to, co realnie je udowadnia.
Dowodem nie jest budżet szkoleniowy, tylko widoczność efektu. Wewnętrzny format, w którym pracownicy uczą innych tego, co sami umieją, robi więcej niż katalog kursów. Osoba prowadząca dostaje uznanie, reszta wiedzę, a firma materiał, który może pokazać kandydatom.
Obietnica wpływu jest pusta, dopóki nie ma miejsca, w którym pomysł pracownika staje się decyzją. Program oddolnych inicjatyw z jasnym trybem rozpatrywania i publiczną informacją, co weszło w życie, dowodzi tego lepiej niż każda ankieta.
Tu nośnikiem jest wydarzenie, ale nie dowolne. Musi mieć mechanikę, w której ludzie z różnych działów coś razem osiągają, a nie wspólnie oglądają. Różnicę rozpisałem w tekście o atrakcjach, które realnie integrują.
Najtańszy element i najczęściej zaniedbany. Wystarczy jeden format w roku, w którym firma publicznie oddaje uwagę konkretnym ludziom za konkretne rzeczy. Warunek: uznanie musi dotyczyć osób, które normalnie nie są widoczne w komunikacji wewnętrznej.
Traktuj EVP jak brief. Każdy element dostaje przypisany moment w roku, właściciela i sposób sprawdzenia, czy zadziałał.
Kalendarz zbudowany w ten sposób ma jedną zaletę, której nie ma kampania wizerunkowa: da się go obronić przed zarządem, bo każda pozycja odpowiada konkretnej obietnicy złożonej kandydatom.
Znajomość EVP wśród pracowników mierzy skuteczność komunikacji, nie siłę obietnicy. Pytaj o doświadczenie.
Ostatnie pytanie bywa niewygodne i dlatego jest najbardziej użyteczne. Odpowiedzi zwykle pokrywają się z pustymi rubrykami z testu na początku tego tekstu.
EVP nie jest zestawem przymiotników ani zadaniem dla grafika. Jest obietnicą, która potrzebuje momentu w kalendarzu, właściciela i dowodu. Firma, która potrafi wskazać taki moment dla każdego elementu, ma EVP. Reszta ma slajd.
Tyle, ile firma potrafi udowodnić doświadczeniem. Trzy obietnice z realnymi momentami działają lepiej niż sześć haseł, z których cztery mają pustą rubrykę.
Wartości opisują, jak firma działa i czego oczekuje. EVP opisuje, co firma daje w zamian za pracę. W praktyce oba dokumenty często powtarzają te same przymiotniki, choć odpowiadają na inne pytania.
Udział zespołu pomaga, bo obietnica musi mieć pokrycie w tym, co ludzie faktycznie cenią. Sam warsztat niczego jednak nie załatwia. EVP wypracowane wspólnie i pozbawione momentów jest równie martwe jak EVP ogłoszone przez zarząd.
Samą obietnicę rzadko, raz na kilka lat albo przy istotnej zmianie strategii. Kalendarz działać, które ją udowadniają, co roku. Częstsze zmiany haseł sprawiają, że ludzie przestają je traktować poważnie.
Potrzebuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś ma wybrać ją zamiast większego pracodawcy. To jest EVP, niezależnie od tego, czy ktoś nazwie je po angielsku. Przy małej skali odpowiedź bywa nawet łatwiejsza, bo różnice są wyraźniejsze.
HR za treść i pomiar, ale za dowody odpowiada cały zarząd, bo większość elementów wymaga decyzji poza działem kadr. Jeżeli EVP jest projektem wyłącznie HR, kończy się na komunikacji.
Masz EVP i nie wiesz, gdzie ma się wydarzyć? Przynieś je na konsultację: przejdziemy element po elemencie, znajdziemy puste rubryki i przypiszemy do nich konkretne momenty w roku. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Z tego artykułu dowiesz się: dlaczego pierwsze trzydzieści dni decyduje o retencji mocniej niż cała rekrutacja, czym różni się standardowy onboarding od zaprojektowanego doświadczenia, jak wygląda harmonogram pierwszego miesiąca, kiedy warto zrobić wydarzenie wdrożeniowe i co mierzyć po dziewięćdziesięciu dniach.
W skrócie: onboarding nowego pracownika przestaje działać w momencie, w którym sprowadza się do szkolenia BHP, haseł do systemów i obiadu z zespołem. Człowiek, który przez pierwszy miesiąc nie dostał roli, nie poznał nikogo spoza własnego działu i nie zobaczył firmy od środka, zostaje w niej z rozpędu, nie z decyzji. Zaprojektuj pierwsze trzydzieści dni tak, jak projektujesz wydarzenie: z celem, rólą uczestnika i pomiarem.
Rekrutacja trwała sześć tygodni, kosztowała kilkanaście tysięcy złotych i zaangażowała cztery osoby. Nowy pracownik przychodzi w poniedziałek, dostaje laptopa, hasła do trzech systemów i teczkę z regulaminem. W środę je obiad z zespołem. W piątek nikt już nie pamięta, że jest nowy.
Trzy miesiące później składa wypowiedzenie, a firma wraca do punktu wyjścia i płaci za rekrutację drugi raz. Rozpisałem tę matematykę w tekście o tym, ile realnie kosztuje rotacja. Tutaj zajmę się momentem, w którym da się jej zapobiec najtańszym kosztem.
Bo w tym okresie człowiek weryfikuje wszystko, co usłyszał na rozmowie. Każda obietnica z ogłoszenia i każde zdanie o kulturze organizacji zostaje sprawdzone na własnej skórze w ciągu kilku tygodni.
Nowa osoba jest w tym czasie wyjątkowo uważna. Zauważa rzeczy, których reszta zespołu przestała widzieć lata temu: że nikt nie wita się na korytarzu, że spotkania zaczynają się kwadrans po czasie, że przełożony mówi o współpracy i jednocześnie nie odpowiada na wiadomości. Po trzydziestu dniach ta uważność znika i człowiek adaptuje się do tego, co zastał. Albo zaczyna rozglądać się dalej.
Z perspektywy firmy to jedyny moment, w którym stosunkowo małym wysiłkiem buduje się przywiązanie. Później robi się to samo za wielokrotnie większe pieniądze, w formie podwyżek i programów retencyjnych.
Typowy proces składa się z trzech elementów: szkolenie BHP, dostępy do systemów, obiad albo kawa z zespołem. To nie jest zły zestaw. To jest zestaw obsługowy, który załatwia formalności i nie załatwia niczego poza nimi.
W większości firm onboarding jest procesem HR, który kończy się na liście zadań do odhaczenia. Wystarczy potraktować go jak doświadczenie z zaplanowanym przebiegiem, żeby przestał być formalnością.
Zasada jest ta sama co przy wydarzeniu: liczy się, co uczestnik robi, a nie co mu się opowiada. Poniżej rozkład na cztery tygodnie, który sprawdza się niezależnie od wielkości firmy.
To pytanie o zaskoczenia jest najtańszym źródłem wiedzy o własnej organizacji, jakie masz. Po pół roku ta sama osoba już go nie odpowie, bo przestanie widzieć.
Przy pojedynczych rekrutacjach wystarczy dobrze ułożony miesiąc. Wydarzenie ma sens w trzech sytuacjach: gdy firma zatrudnia większą grupę naraz, gdy przejmuje inną organizację i trzeba zszyć dwie załogi, oraz gdy nowi ludzie są rozproszeni po lokalizacjach i inaczej nigdy się nie spotkają.
Format nie musi być kosztowny. Jeden dzień, w którym nowe osoby wspólnie rozwiązują realne zadanie z życia firmy i kończą prezentacją przed zarządem, robi więcej niż tydzień prezentacji o historii marki. Warunek jest jeden i ten sam co przy każdym wydarzeniu: większość uczestników ma mieć rolę, nie miejsce na widowni. Rozpisałem tę zasadę przy okazji doboru atrakcji na spotkania firmowe.
Uczciwie: wydarzenie wdrożeniowe nie naprawi złego onboardingu. Jeżeli po nim człowiek wraca do biurka, przy którym nikt na niego nie czeka, jeden dzień nic nie zmieni.
Ankieta „czy jesteś zadowolony z onboardingu" mierzy grzeczność nowej osoby. Potrzebujesz danych o zachowaniach i o czasie.
Metodykę zbierania takich danych opisałem osobno w tekście o ewaluacji wydarzeń firmowych — mechanizm jest ten sam, zmienia się tylko przedmiot pomiaru.
Onboarding jest najtańszym momentem, w którym firma może zatrzymać człowieka, którego właśnie kosztownie zrekrutowała. Wystarczy potraktować pierwsze trzydzieści dni jak zaprojektowane doświadczenie: z rolą od pierwszego dnia, kontaktem poza własnym działem, widokiem firmy od środka i jedną osobą odpowiedzialną z imienia.
Część intensywna około miesiąca, pełne wdrożenie do samodzielności od trzech do sześciu miesięcy, zależnie od stanowiska. Błędem jest zamykanie procesu po tygodniu formalności i uznawanie, że reszta ułoży się sama.
Jedna osoba z imienia i nazwiska, najlepiej z zespołu, do którego trafia nowy pracownik, a nie dział kadr jako instytucja. Kadry odpowiadają za proces i dokumenty, opiekun za to, żeby człowiek miał do kogo pójść z pytaniem, które wydaje mu się głupie.
Może, ale wymaga więcej zaplanowanych spotkań. W biurze część kontaktów powstaje przypadkiem, przy kawie i na korytarzu. Zdalnie nie powstaje nic, czego ktoś wcześniej nie umówił, więc rozmowy z osobami spoza zespołu trzeba wpisać do kalendarza.
Skrócić program, nie rezygnować z niego. Nawet w szczycie sezonu da się zapewnić jedno zadanie z widocznym efektem, jedno spotkanie poza działem i jedną wizytę tam, gdzie powstaje produkt. Resztę przenieś, ale ustal termin.
Wspólna część poznawcza i osobne ścieżki stanowiskowe. Grupa daje efekt uboczny, którego nie ma przy pojedynczym wdrożeniu: nowi ludzie tworzą własną sieć wsparcia i część pytań zadają sobie nawzajem, zamiast czekać na opiekuna.
Warto i prawie nikt tego nie robi. Człowiek, który po awansie zarządza wczorajszymi kolegami, potrzebuje wsparcia w nowej roli bardziej niż osoba z zewnątrz potrzebuje haseł do systemów.
Chcesz, żeby pierwsze trzydzieści dni w Twojej firmie miało scenariusz, a nie listę zadań do odhaczenia? Umów konsultację: przejdziemy przez obecny proces i zaprojektujemy wdrożenie jako doświadczenie. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Z tego artykułu dowiesz się: po co robić SWOT przed decyzją o wydarzeniu, jak wypełnić cztery pola, żeby nie wyszła z tego ładna tabelka bez wniosków, jak zamienić analizę w konkretne działania przy pomocy macierzy TOWS, jak wygląda to na przykładzie i co mierzyć później.
W skrócie: analiza SWOT ma sens przy evencie tylko wtedy, gdy kończy się decyzją. Cztery pola wypełnia się konkretami, nie przymiotnikami, a potem zestawia parami: mocna strona plus szansa daje kierunek działania, słaba strona plus zagrożenie daje listę rzeczy do zabezpieczenia. Bez tego drugiego kroku SWOT jest ćwiczeniem z opisywania rzeczywistości.
Poniedziałek, sala konferencyjna, rozmowa o budżecie marketingowym na przyszły rok. Ktoś rzuca: „a może zróbmy SWOT". Połowa sali wzdycha, bo pamięta to ze studiów, druga połowa notuje, bo brzmi profesjonalnie. Po godzinie na flipcharcie wiszą cztery pola wypełnione ogólnikami: „doświadczony zespół", „ograniczony budżet", „rosnący rynek", „konkurencja".
Taka tabelka nie pomaga podjąć żadnej decyzji. A przy wydarzeniach decyzji jest sporo i kosztują konkretne pieniądze.
Bo event to zwykle najdroższy pojedynczy wydatek w budżecie marketingowym i jednocześnie ten, który najtrudniej rozliczyć. Skala rynku, na którym podejmujesz tę decyzję, jest niemała: według raportu „Poland Events Impact 2023" przygotowanego przez zespół pod kierunkiem Celuch Consulting wartość dodana brutto wypracowana przez przemysł spotkań w Polsce przekroczyła 22,9 mld zł, całkowity wkład branży w gospodarkę wyniósł ponad 54,6 mld zł, a wydarzenia dały około 215 tysięcy miejsc pracy. W ponad 29 tysiącach wydarzeń wzięło udział ponad 18 milionów osób.
Dwie uwagi do tych liczb, bo często krążą przekręcone. To wartość dodana brutto, a nie przychody branży ani kwota wydana przez uczestników. I dotyczą 2023 roku, więc są punktem odniesienia, nie zdjęciem dzisiejszego rynku.
SWOT nie jest wróżbą z fusów ani ćwiczeniem na integrację zespołu. Jest szybkim sposobem na sprawdzenie, czy w ogóle powinniście robić to wydarzenie, a jeżeli tak, to na czym je oprzeć.
Metoda wywodzi się z prac nad planowaniem strategicznym prowadzonych w latach sześćdziesiątych, najczęściej wiązanych ze środowiskiem Stanford Research Institute i nazwiskiem Alberta Humphreya. Autorstwo bywa kwestionowane i różne źródła podają różne wersje, więc traktuj to jako tło, a nie jako fakt do cytowania w prezentacji.
Ważniejsza od genezy jest logika podziału. Mocne i słabe strony dotyczą tego, na co masz wpływ. Szanse i zagrożenia — tego, na co wpływu nie masz. To rozróżnienie jest całą wartością narzędzia i jednocześnie miejscem, w którym większość zespołów się myli, wpisując „brak budżetu" w zagrożenia zamiast w słabe strony.
Zasada jest jedna: każdy wpis musi być na tyle konkretny, żeby dawało się z niego wyprowadzić działanie. „Doświadczony zespół" nie spełnia tego warunku. „Dział R&D, który potrafi prowadzić warsztaty dla klientów" — tak.
Praktyczna wskazówka: wypełniajcie pola osobno, a dopiero potem zestawiajcie listy. Wspólne wypełnianie tabelki na ścianie kończy się tym, że najgłośniejsza osoba dyktuje cztery pola, a reszta potakuje. Ten sam mechanizm, który psuje klasyczną burzę mózgów, psuje też warsztat strategiczny.
Weźmy hipotetyczną firmę produkującą biodegradowalne opakowania, która rozważa oparcie marketingu na wydarzeniach. Przykład jest zmyślony, ale ułożony tak, jak wyglądają realne analizy z moich projektów.
To jest krok, który decyduje o tym, czy analiza miała sens. Zestawiasz pola parami i z każdej pary wyprowadzasz działanie.
Ostatnia kombinacja jest najcenniejsza i najrzadziej używana. SWOT bywa traktowany jako narzędzie do uzasadniania decyzji już podjętej, a jego prawdziwa wartość polega na tym, że pozwala się z czegoś wycofać, zanim pojawią się faktury.
Analiza zbudowana na wrażeniach daje wnioski oparte na wrażeniach. Jeżeli chcesz, żeby kolejna wersja miała wartość, wpisz do niej dane z poprzedniego wydarzenia.
Sposób zbierania tych danych rozpisałem osobno w tekście o ewaluacji eventu firmowego, a logikę przekładania wydarzenia na sprzedaż w tekście o tym, jak przygotować udział w targach, który przyniesie leady.
SWOT jest dobrym narzędziem i kiepskim rytuałem. Różnica polega na jednym kroku: czy po wypełnieniu czterech pól zestawiasz je parami i wyprowadzasz decyzje, czy zostawiasz ładną tabelkę w prezentacji.
Od dwóch do trzech godzin przy jednym wydarzeniu, licząc pracę indywidualną i wspólne omówienie. Jeżeli trwa dłużej, zwykle znaczy to, że zespół dyskutuje o strategii firmy, a nie o konkretnej decyzji.
Marketing, sprzedaż i osoba odpowiedzialna za budżet, a przy wydarzeniach wewnętrznych także HR. Sprzedaż wnosi wiedzę o realnych obiekcjach klientów, której marketing zwykle nie ma z pierwszej ręki.
SWOT opisuje sytuację, TOWS wyprowadza z niej działania przez zestawienie pól parami. W praktyce są to dwa etapy tego samego ćwiczenia i pominięcie drugiego jest najczęstszym błędem.
Przy cyklicznych wydarzeniach raz do roku, po zebraniu danych z ostatniej edycji. Przy rynku zmieniającym się szybko, na przykład przy zmianach regulacyjnych w branży klienta, częściej.
Przy spotkaniu dla dwudziestu osób pełna analiza bywa przerostem formy. Wystarczą dwa pytania: co mamy, czego inni nie mają, i co może sprawić, że to nie zadziała. To ten sam mechanizm w wersji minimalnej.
Ogólniki. „Dobry zespół", „konkurencja", „rosnący rynek" nie prowadzą do żadnej decyzji. Drugi błąd to mieszanie czynników wewnętrznych z zewnętrznymi, które rozmywa cały sens podziału.
Masz decyzję o wydarzeniu do podjęcia i chcesz przejść przez nią z kimś z zewnątrz, kto nie ma interesu w żadnym z wariantów? Umów konsultację: wypełnimy cztery pola konkretami i wyprowadzimy z nich decyzję. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

W skrócie: Odejście jednej osoby z zespołu kosztuje firmę zwykle od kilku do kilkunastu miesięcznych wynagrodzeń tego stanowiska. Składają się na to rekrutacja, wdrożenie, utracona produktywność i obciążenie zespołu. Kampania rekrutacyjna działa na wejściu, a pieniądze wyciekają na wyjściu. To dwa różne problemy.
Zarządy rzadko znają tę liczbę, bo nie ma jej w żadnym raporcie. Koszt rotacji rozkłada się po kilku budżetach naraz i przez to nigdzie nie widać go w całości.
| Składnik | Co wchodzi w skład | Gdzie siedzi w budżecie |
|---|---|---|
| Rekrutacja | Ogłoszenia, czas rekrutera, prowizja agencji, czas menedżerów na rozmowy | HR, czasem marketing |
| Wdrożenie | Szkolenia, czas opiekuna, sprzęt, dostępy, formalności | HR i dział przyjmujący |
| Utracona produktywność | Okres wypowiedzenia, wakat, czas dochodzenia do pełnej wydajności | Nigdzie. To koszt niewidzialny |
| Obciążenie zespołu | Nadgodziny, przejęte obowiązki, spadek jakości | Nigdzie, dopóki ktoś kolejny nie odejdzie |
| Wiedza, która wychodzi | Relacje z klientami, znajomość procesu, nieudokumentowane praktyki | Nigdzie, widać przy pierwszym problemie |
Trzy ostatnie wiersze są najdroższe i to właśnie one nie trafiają do żadnego zestawienia.
Potrzebujesz trzech liczb z systemu kadrowego i jednej rozmowy z menedżerem.
Pomnóż koszt jednostkowy przez liczbę odejść w roku. Ta liczba otwiera rozmowę z zarządem lepiej niż każda prezentacja o zaangażowaniu.
Bo działa na innym końcu procesu.
Kampania przyciąga kandydatów. Buduje rozpoznawalność, generuje aplikacje, skraca czas rekrutacji. To realna wartość i nie ma sensu z niej rezygnować.
Tylko że problem rotacji nie polega na tym, że nikt nie chce przyjść. Polega na tym, że ci, którzy przyszli, wychodzą. Kampania nie ma żadnego wpływu na to, co dzieje się między pierwszym a dwudziestym czwartym miesiącem pracy.
Firma z dobrą kampanią i wysoką rotacją po prostu szybciej wymienia ludzi. Płaci dwa razy: za pozyskanie i za utratę.
Rzadko od pensji, choć to najczęściej deklarowany powód w rozmowie wyjściowej. Pieniądze są bezpieczną odpowiedzią, bo nikogo nie obrażają i nie wymagają tłumaczenia.
W praktyce odchodzą od dwóch rzeczy: od bezpośredniego przełożonego i od poczucia bezsensu.
Pierwsze jest kwestią kompetencji menedżerskich i da się z tym pracować szkoleniowo. Drugie jest kwestią tego, czy człowiek widzi, że jego praca do czegoś prowadzi, i czy ktokolwiek to zauważa. To już nie jest temat na szkolenie. To temat na projektowanie doświadczeń pracowniczych.
Widać to najlepiej w firmach, w których wartości wiszą na ścianie, a pracownicy nie potrafią powiedzieć, kiedy ostatnio je poczuli.
Trzy rzeczy, w tej kolejności.
Wszystkie trzy powstają w doświadczeniach, nie w komunikatach. Dlatego wydarzenia firmowe, które nie budują relacji, są stratą podwójną: kosztują i niczego nie zmieniają.
| Wskaźnik | Co mówi | Jak często |
|---|---|---|
| Rotacja dobrowolna | Ilu ludzi odchodzi z własnej woli. Odejścia z inicjatywy firmy licz osobno | Kwartalnie |
| Rotacja w pierwszym roku | Jakość rekrutacji i wdrożenia. Najczęściej ignorowana, najbardziej diagnostyczna | Kwartalnie |
| eNPS | Czy ludzie poleciliby firmę znajomemu. Jedno pytanie, mierzalny trend | Dwa razy w roku |
| Liczba poleceń pracowniczych | Najuczciwszy wskaźnik. Ludzie nie polecają miejsc, w których źle się czują | Ciągle |
Czwarty wskaźnik jest najtańszy i najrzadziej używany. Firma, w której program poleceń nie działa mimo premii, ma odpowiedź na pytanie o kulturę organizacji.
Nie zaczynaj od zaangażowania. Zacznij od liczby z pierwszej sekcji.
Zarząd nie kupuje atmosfery. Kupuje wynik, ryzyko i zwrot. Rotacja przeliczona na złotówki jest ryzykiem, a działania retencyjne są inwestycją z policzalnym zwrotem. To ten sam mechanizm, którym broni się budżet na działania employer brandingowe.
Uczciwość działa tu lepiej niż optymizm. Powiedz też, czego nie zmierzysz. Wiarygodność raportu, w którym wszystko wychodzi, kończy się przy pierwszym pytaniu kontrolnym.
Zależy od branży i stanowiska. Produkcja i handel mają naturalnie wyższą niż IT czy finanse. Sensowniejsze od porównań z rynkiem jest porównanie z własnym wynikiem sprzed roku i rozbicie na działy.
Zwykle na kilka miesięcy. Kontroferta rozwiązuje objaw, nie przyczynę, a dodatkowo ustawia w zespole precedens: chcesz podwyżki, złóż wypowiedzenie.
Od rozmowy z ludźmi, którzy zostali, nie tylko z tymi, którzy odchodzą. Rozmowa wyjściowa jest spóźniona o kilka miesięcy i zwykle grzeczna.
Przy zespołach poniżej dwudziestu osób wynik liczbowy jest chwiejny, ale trend i komentarze nadal działają. Warto pilnować anonimowości, inaczej dostaniesz odpowiedzi grzecznościowe.
Zmiany w eNPS i w liczbie poleceń widać po jednym, dwóch kwartałach. Rotacja reaguje wolniej, bo decyzja o odejściu dojrzewa miesiącami.
Sam w sobie nie. Może natomiast uruchomić relacje i poczucie sprawczości, które na rotację wpływają. Różnica polega na tym, czy wydarzenie jest jednorazowym punktem w kalendarzu, czy elementem cyklu.
Policz swoją rotację według wzoru z tego tekstu. Jeśli liczba Cię niepokoi, porozmawiajmy o tym, co ją napędza. Zwykle okazuje się, że odpowiedź leży w miejscu, w którym nikt jej nie szukał.

W skrócie: Wieczór talentów to format, w którym pracownicy przestają być widownią i stają się treścią wydarzenia. Sześć tygodni zgłoszeń, dziesięciu laureatów, występy przed całą organizacją. Efekt nie zaczyna się na scenie, tylko na produkcji, gdy ludzie zaczynają o tym rozmawiać. Jedna edycja nie zmieni kultury. Cykl zmienia.
Bo najczęściej wygląda tak: dyplom, brawa, zdjęcie na intranet. Trzy minuty na scenie dla osoby, którą zarząd zna z nazwiska. Reszta sali klaszcze i czeka na obiad.
To nie jest docenianie. To ceremonia.
Docenianie zaczyna się wtedy, gdy firma oddaje ludziom coś, czego normalnie nie mają: przestrzeń, uwagę i decyzję o tym, co pokażą. Reszta to dekoracja wokół pustego środka.
Punkt wyjścia był banalny. Firma produkcyjna, kilkaset osób, doroczne spotkanie całej załogi. Standardowy scenariusz: przemówienie, catering, zespół coverowy, o dwudziestej trzeciej pierwsi wychodzą.
Zamiast zespołu coverowego postawiliśmy pytanie: kto z Was coś robi po godzinach?
Sześć tygodni na zgłoszenia. Formularz, plakaty na hali, informacja od brygadzistów. Zgłoszenia szły wolno przez pierwsze dwa tygodnie, potem ruszyły lawinowo, bo ludzie zaczęli namawiać się nawzajem. Dziesięciu laureatów wyszło na scenę przed całą organizacją.
Kolega z logistyki okazał się muzykiem. Ktoś z jakości tańczy od piętnastu lat. Operator maszyny rzeźbi w drewnie i przyniósł swoje prace.
To jest najważniejsza część i najczęściej pomijana.
Rozmowy ruszyły na produkcji sześć tygodni przed wydarzeniem. Ludzie pytali się nawzajem, czy się zgłaszają. Namawiali kolegów. Sprzeczali się, kto ma większe szanse. Zmiana zaczęła się w momencie, w którym pojawiło się pytanie, a nie w momencie, w którym zapaliły się światła na scenie.
Event trwał jeden wieczór. Mechanizm działał półtora miesiąca.
To rozróżnienie decyduje o tym, czy wydarzenie jest kosztem, czy narzędziem. Impreza się odbywa. Doświadczenie zostawia ślad.
Bony na rozwój pasji. Nie kubek z logo, nie karta podarunkowa do galerii handlowej.
Logika jest prosta: skoro firma prosi ludzi, żeby pokazali, co robią poza pracą, to nagroda musi w to samo miejsce wracać. Gadżet z logo mówi „dziękujemy, że wystąpiłeś dla nas". Bon na rozwój pasji mówi „róbcie to dalej".
Nagroda jest przedłużeniem idei albo jej zaprzeczeniem. Trzeciej opcji nie ma.
| Element | Co to znaczy w tym projekcie |
|---|---|
| Zmiana | Pracownicy przestają być widownią i stają się treścią wydarzenia |
| Mechanizm | Sześć tygodni zgłoszeń, selekcja, próby, występ przed całą organizacją |
| Ślad | Rozmowy między działami, które trwają po evencie. Materiał wideo na cały rok |
| Pomiar | Liczba zgłoszeń, udział zmian produkcyjnych, eNPS przed i po, powtarzalność w kolejnej edycji |
Bez ostatniego wiersza to jest anegdota. Z nim to jest projekt, który da się obronić przed zarządem.
Nie naprawi złego menedżera. Nie odwróci rotacji, jeśli ludzie odchodzą z powodu wynagrodzeń albo braku perspektyw. Nie zmieni kultury organizacji, jeśli zostanie jednorazowym wydarzeniem.
Jedna edycja buduje moment. Cykl buduje kulturę. Firmy, które robią to raz i sprawdzają w ankiecie, czy „coś się zmieniło", zwykle dochodzą do wniosku, że nie warto. Mają rację co do faktu i mylą się co do wniosku.
Jeśli szukasz punktu wyjścia w innym miejscu, zacznij od tego, gdzie w Twojej firmie leży luka między deklarowanymi wartościami a doświadczeniem pracownika.
Ten sam mechanizm działa przy integracji. Różnica polega na tym, że tam atrakcje najczęściej zastępują cel, zamiast mu służyć.
Zwykle mniej, niż firmy zakładają. Nie ma honorarium dla gwiazdy, jest za to więcej pracy przygotowawczej: komunikacja wewnętrzna, selekcja, próby, obsługa techniczna dziesięciu różnych występów.
Budżet przesuwa się z jednej pozycji artystycznej na proces. Efekt też się przesuwa: z trzech godzin na sześć tygodni.
Jeśli budżet jest punktem zapalnym w Twojej firmie, zacznij od rozpisania go na funkcje, nie na atrakcje.
Tak, przy czym poniżej pięćdziesięciu osób zmienia się mechanika. Nie ma sensu robić selekcji, bo zgłoszą się prawie wszyscy chętni. Zamiast konkursu robi się wieczór prezentacji.
To znaczy, że komunikacja nie dotarła albo ludzie nie ufają, że to bezpieczne. Oba problemy są ważniejsze niż sam event i warto je rozwiązać przed nim, nie po.
Nie prezes. Ktoś, kto potrafi zbudować bezpieczną atmosferę dla osoby, która pierwszy raz stoi na scenie. Prowadzący jest tu ważniejszy niż nagłośnienie.
Tak i to jest jeden z mocniejszych argumentów za tym formatem. Wymaga zgód uczestników zebranych przed występem, nie po.
Liczba zgłoszeń w podziale na działy, udział pracowników produkcyjnych, eNPS przed i po, liczba osób pytających o kolejną edycję. Cztery liczby wystarczą do rozmowy z zarządem.
Wpisać do kalendarza rocznego jako format, nie jako pomysł. Format ma właściciela, budżet i termin. Pomysł ma tylko entuzjazm.
Jeśli w Twojej firmie zbliża się spotkanie całej załogi i scenariusz wygląda jak w zeszłym roku, to jest moment na decyzję. Napisz, co ma się zmienić w Twoim zespole, a zaprojektujemy mechanizm, który to dowozi.

Z tego artykułu dowiesz się: dlaczego klasyczna burza mózgów daje mniej pomysłów niż ci sami ludzie pracujący osobno, które zasady faktycznie działają, jak wyglądają cztery techniki nadające sesji strukturę, co zrobić z osobą blokującą pomysły i jak przejść od szalonej idei do wykonalnego projektu.
W skrócie: burza mózgów w klasycznej formie, czyli grupa krzycząca pomysły w jednej sali, wypada gorzej niż ci sami ludzie generujący pomysły osobno, a potem zestawiający listy. Powodem jest blokowanie produkcji: kiedy mówi jedna osoba, pozostałe milczą i zapominają własne pomysły. Rozwiązaniem nie jest rezygnacja z sesji, tylko nadanie jej struktury: najpierw praca indywidualna, potem wspólna, a ocena dopiero na końcu.
Późne popołudnie, sala konferencyjna, kawa i lekka desperacja. Zespół próbuje wymyślić coś spektakularnego na dwudziestopięciolecie firmy produkującej skarpetki. Ktoś rzuca hasło, ktoś inne, po czterdziestu minutach na flipcharcie wisi dwanaście pomysłów, z czego dziesięć to wariacje tego samego.
Znam ten obrazek z obu stron: jako osoba prowadząca takie sesje w agencji i jako klient, który później patrzył na ich efekt. I mam złą wiadomość o formacie, który wszyscy uważają za oczywisty.
Pojęcie burzy mózgów spopularyzował Alex Osborn w książce „Applied Imagination" z 1953 roku. Twierdził w niej, że przeciętny człowiek wymyśla w grupie dwa razy więcej pomysłów niż samotnie. Brzmi rozsądnie i przez dekady nikt tego nie kwestionował.
Badania mówią coś odwrotnego. Michael Diehl i Wolfgang Stroebe opublikowali w 1987 roku w „Journal of Personality and Social Psychology" serię eksperymentów porównujących grupy pracujące razem z tak zwanymi grupami nominalnymi, czyli ludźmi generującymi pomysły osobno, których listy zestawia się potem w jedną. Grupy nominalne wypadały lepiej. Metaanaliza Briana Mullena, Craiga Johnsona i Eduardo Salasa z 1991 roku, obejmująca kilkadziesiąt eksperymentów, potwierdziła ten wynik.
Jest jeszcze efekt, który badacze nazwali złudzeniem skuteczności grupy: uczestnicy wychodzą z sesji przekonani, że była produktywna, choć obiektywnie wypadła słabiej. Sesja jest przyjemna, więc wydaje się skuteczna. To dlatego format trzyma się mocno mimo dowodów.
Wniosek praktyczny nie brzmi „nie róbcie burzy mózgów". Brzmi: nie zaczynajcie od wspólnego krzyczenia pomysłów.
Cztery klasyczne zasady Osborna nadal mają sens, pod warunkiem że dopiszesz do nich piątą, której u niego nie było.
W praktyce najwięcej zmienia pierwsza zasada. Sesja, w której wszyscy zaczynają od dziesięciu minut ciszy, wygląda mniej efektownie i daje więcej materiału.
Technika to nie ozdobnik, tylko sposób na nadanie sesji struktury. Cztery, które realnie używam.
Sześć osób, trzy pomysły, pięć minut. Każdy zapisuje trzy pomysły na kartce, potem przekazuje ją sąsiadowi, który dopisuje kolejne trzy, rozwijając to, co przeczytał. Po sześciu rundach macie sto osiem zapisów i zero przekrzykiwania. To wersja burzy mózgów, która wprost omija blokowanie produkcji.
Temat centralny, na przykład dwudziestopięciolecie firmy, i rozgałęzienia w dowolnych kierunkach. Sprawdza się wtedy, gdy zespół zna temat, ale utknął w jednym schemacie. Warunek: mapa powstaje na ścianie, nie w laptopie jednej osoby.
Siedem operacji na istniejącym pomyśle: zastąp, połącz, dostosuj, zmodyfikuj, znajdź inne zastosowanie, wyeliminuj, odwróć. Świetnie działa przy powtarzalnych formatach. Weź zeszłoroczną galę i zapytaj, co się stanie, jeśli wyeliminujesz scenę. Albo odwrócisz role i to pracownicy prowadzą wieczorór, a zarząd siedzi na widowni.
Wyciągasz przypadkowe słowo i szukasz związku z tematem. Metoda wygląda na zabawę i jest najskuteczniejsza w momencie, gdy zespół kręci się w kółko wokół trzech oczywistych rozwiązań. Wymusza skojarzenie spoza utartego toru.
Dobór techniki zależy od tego, czego brakuje. Przy niedoborze pomysłów używaj 6-3-5. Przy nadmiarze wariantów tego samego pomysłu sięgaj po SCAMPER. Przy zastoju losowe słowo.
W każdej organizacji jest osoba, która na każdy pomysł odpowiada, że to za drogie, że klient się nie zgodzi albo że w zeszłym roku nie wyszło. Zwykle nie jest złośliwa. Zwykle odpowiada za budżet i ma odruch obronny.
Uczciwie: nie każdą sesję da się uratować techniką. Jeżeli w zespole nie ma bezpieczeństwa, żeby powiedzieć coś głupiego, żadna metoda tego nie załatwi. To jest problem kultury organizacji, a nie warsztatu, i pisałem o nim przy okazji tego, jak wartości firmy zamieniają się w realne zachowania.
Masz pomysł. Teraz ktoś, kto nie był w sali, ma go zaakceptować i za niego zapłacić. To osobna umiejętność i większość dobrych pomysłów umiera dokładnie tutaj.
Między sesją a wydarzeniem jest miejsce, w którym trzeba włączyć zdrowy rozsądek. Pomysł na event w evencie brzmi świetnie na papierze i potrafi zostawić uczestników w stanie całkowitej dezorientacji.
Dwa ostatnie filtry są najczęściej pomijane, a to one decydują o tym, czy pomysł zamieni się w efekt. Rozpisałem je osobno w tekstach o tym, które atrakcje realnie angażują uczestników oraz o ewaluacji eventu firmowego.
Burza mózgów nie jest złym narzędziem. Zły jest domyślny sposób jej prowadzenia: wszyscy w jednej sali, wszyscy naraz, ocena na bieżąco. Wystarczy odwrócić kolejność, zacząć od pracy indywidualnej i przenieść krytykę na osobne spotkanie, żeby ta sama grupa ludzi dała wyraźnie więcej.
W praktyce od czterech do sześciu osób na jedną grupę roboczą. Powyżej tej liczby rośnie blokowanie produkcji i część uczestników milknie. Jeżeli masz większy zespół, podziel go na kilka grup pracujących równolegle i zestaw wyniki na końcu.
Od czterdziestu pięciu do dziewięćdziesięciu minut, z wyraźnym podziałem na części. Dłuższe spotkania rzadko dodają nowe pomysły, a zaczynają dodawać zmęczenie. Lepiej zrobić dwie krótsze sesje w odstępie kilku dni niż jedną trzygodzinną.
Ma jedną przewagę: w narzędziu, w którym wszyscy piszą jednocześnie, blokowanie produkcji praktycznie znika, bo nikt nie czeka na swoją kolej. Traci się za to energię sali i łatwość budowania na cudzym pomyśle. Dobrym kompromisem jest generowanie online i wspólne omówienie na żywo.
Ktoś, kto nie ma własnego interesu w wyniku i może pilnować zasad. Jeżeli sesję prowadzi osoba, która jednocześnie odpowiada za budżet albo za obronę zeszłorocznej koncepcji, faza generowania niepostrzeżenie zamienia się w fazę oceny.
Zapisać w jednym miejscu z datą i kontekstem. Część z nich staje się wykonalna przy innym budżecie albo innym kliencie. Lista odrzuconych pomysłów z ostatnich dwóch lat bywa lepszym punktem startu niż pusta kartka.
Da się i często warto, ale wymaga to innego prowadzenia. Klient zwykle zna ograniczenia i odruchowo je przypomina, więc faza generowania musi mieć wyraźnie ogłoszone zasady. Alternatywa: osobna sesja u klienta na zebranie kontekstu i osobna w zespole na generowanie.
Prowadzisz sesję, z której ma wyjść koncepcja wydarzenia, i chcesz mieć pewność, że nie skończy się na dwunastu wariantach tego samego? Umów konsultację: przejdziemy przez cel sesji, dobór techniki i sposób oceny pomysłów. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.
Nie wiesz od czego zacząć?
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.