Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Zadaję je od 12 lat i okazuje się, że marketing B2B wielu firm jest prowadzony ,,na czuja”, bez danych, strategii i oczywiście... bez efektu.
Pomogę Ci poukładać procesy, rozwinąć zespół, stworzyć odważne kampanie oraz eventy, które nie tylko wyróżnią Twoją firmę, ale także zbudują długotrwałe relacje z klientami.

Masz konkretny problem, który chcesz rozwiązać lub potrzebujesz indywidualnego doradztwa? Spotkajmy się jeden na jeden.
Możemy omówić następujące obszary:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
250 zł netto / 60 min
850 zł netto / pakiet 4x60 min
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Twój zespół potrzebuje nowych kompetencji? Praktyczne warsztaty, które rozwiną ich umiejętności, dopasowane do potrzeb Waszej firmy.
Szkolenia dostosowane do potrzeb:
· Zespół 3-8 os
· Online / offline
· Interaktywne ćwiczenia
· Case studies i przykłady
· Gotowe narzędzia do wdrożenia
Cena:
3000 zł netto / dzień szkoleniowy
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Potrzebujesz dynamicznego i merytorycznego prelegenta na swoje wydarzenie?
Zapraszam do współpracy:
· Prelekcje i panele eksperckie
· Moderacja dyskusji i debat
· Warsztaty i szkolenia podczas konferencji
· Prowadzenie wydarzeń jako konferansjer lub host
Dodatkowo: pomogę w stworzeniu scenariusza scenicznego
czy przygotowaniu zespołu do wystąpienia na scenie.
Cena:
2000–3000 zł netto







Mam coś dla Ciebie!
Książka zawiera wszystko, czego sam szukałem zaczynając pracę w branży eventowej. Sprawdzone procesy, narzędzia
i wskazówki, które oszczędzą Ci nauki na własnych błędach.
Pokaże Ci, jak krok po kroku, stać się skutecznym event managerem.
Przegląd najciekawszych wydarzeń branżowych - konferencje, szkolenia
i warsztaty, na których trzeba być! Zobacz, gdzie możesz posłuchać o marketingu B2B, zaczerpnąć inspiracji do swoich działań i networkingować.

Warsztat z Notion, metody PARA i AI dla event managerów, 16 miejsc, 20.10.2026.

Premiera raportu o efektach eventów, 800 CEO i CMO, 20.10.2026 w Warszawie.

Bezpłatny webinar o trendach w strategii komunikacji przed planowaniem 2027 roku.
Dzielę się praktyczną wiedzą – zupełnie za darmo!
Konkretna wiedza z marketingu B2B i event marketingu.
Bez lania wody, za to z instrukcją "jak to zrobić".
Bo teoria bez praktyki jest bezużyteczna.

Najważniejsze tezy: trema nie jest cechą charakteru i nie znika z liczbą wystąpień, zmienia się tylko to, co z nią robisz w tygodniu przed wejściem na scenę. Największą różnicę widać między osobą, która przygotowała strukturę, a osobą, która przygotowała tekst.
Za kulisami, kilka minut przed startem, powtarza się ten sam zestaw zachowań. Ktoś chodzi tam i z powrotem po dwumetrowym odcinku między skrzynią a kotarą. Ktoś inny trzeci raz pyta realizatora o mikrofon, choć mikrofon był sprawdzony na próbie. Ktoś stoi nieruchomo, wygląda na najspokojniejszą osobę w budynku, a potem wychodzi i pierwsze zdanie mówi o pół tonu wyżej niż w rozmowie sprzed minuty. Oglądam ten moment z bliska od lat, z boku sceny i z jej środka, i do dziś nie spotkałem prelegenta, u którego przed wejściem nic się nie działo.
Dlatego kiedy słyszę, że trema to kwestia charakteru, mam czym się nie zgodzić. Najmocniejszy argument pochodzi z czeskiego uniwersytetu i z ankiety, którą dwoje badaczy rozesłało do trzydziestu dwóch tysięcy osób.
Tomáš Lintner i Boglárka Belovecová z Katedry Nauk o Edukacji Uniwersytetu Masaryka w Brnie chcieli sprawdzić rzecz pozornie prostą: kto na uczelni boi się mówić publicznie i czy da się to przewidzieć. Zamiast wybrać jeden wydział i jedną grupę, puścili zaproszenie do całej populacji studentów uczelni, 32 335 osób. Zbieranie danych trwało dwa tygodnie, od 3 do 17 listopada 2022 roku. Odpowiedziało 1745 osób.
Narzędziem była skrócona wersja PRCS, kwestionariusza Personal Report of Confidence as a Speaker, który w psychologii mierzy lęk przed wystąpieniami od lat sześćdziesiątych. To nie jest test wiedzy ani ocena umiejętności. To seria stwierdzeń o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy ma mówić do sali: czy serce przyspiesza, czy myśli się rozsypują, czy po wszystkim zostaje ulga, czy wstyd. Student zaznacza, w jakim stopniu się z nimi zgadza. Trudność takiego badania polega na tym, że pyta się ludzi o rzecz, do której w życiorysie zawodowym nikt nie chce się przyznawać.
Analiza regresji dała wynik, który warto zapamiętać przed własnym wejściem na scenę. Trzy rzeczy przewidywały poziom lęku: płeć, typ ukończonej szkoły średniej i poziom studiów. Trzy inne nie przewidywały go wcale: wiek, narodowość i kierunek studiów. Wyżej na skali plasowały się kobiety i osoby niebinarne, absolwenci liceów ogólnokształcących oraz studenci studiów licencjackich. Praca ukazała się w czasopiśmie Current Psychology w czerwcu 2024 roku.
Brak związku z kierunkiem studiów oznacza, że lęk przed mówieniem nie jest cechą ludzi „nietechnicznych” ani „niesprzedażowych”. Brak związku z wiekiem oznacza, że nie wyrasta się z niego samoczynnie przez kolejne lata. Niższe wyniki studentów wyższych poziomów studiów sugerują raczej ekspozycję niż dojrzałość: ktoś, kto przez kilka lat regularnie stawał przed grupą, ma inne wyniki niż ktoś, kto zaczyna.
Polskiego badania z liczbami na ten temat, opublikowanego w ostatnich trzech latach, nie znalazłem. Dlatego dalej opieram się na obserwacji z pracy z prelegentami i z własnych wejść na scenę, i oznaczam to wprost, żeby nikt nie wziął mojego zdania za wynik badania.
Pracuję z osobami, które wychodzą przed salę jako eksperci swojej firmy, i z zespołami, które przygotowują ich wystąpienia. W tych rozmowach powtarza się jedno zdanie: „inni tego tak nie przeżywają”. Dane z Brna są o tyle wygodne, że pozwalają odpowiedzieć konkretem. Osoba, która stoi obok ciebie za kulisami i wygląda na spokojną, z dużym prawdopodobieństwem ma podniesiony puls i po prostu nauczyła się tego nie pokazywać.
Z mojej perspektywy problem zaczyna się w miejscu, w którym prelegent uznaje własne napięcie za dowód braku kompetencji. Wtedy zaczyna je maskować: mówi szybciej, żeby skrócić ekspozycję, albo czyta ze slajdu, żeby nie zgubić wątku. Obie reakcje widać z sali od razu, a żadna nie obniża napięcia. Przygotowanie daje więcej niż próba opanowania się siłą woli, bo zmienia zadanie z „nie zdradzić się” na „poprowadzić ludzi przez trzy bloki”.
Druga liczba, do której wracam, przyjechała z zupełnie innej strony. W styczniu 2026 roku, na Forum Branży Eventowej w warszawskim Expo XXI, redakcja MeetingPlanner.pl pokazała piątą edycję raportu „Event marketing 2025/2026. Wielopokoleniowość uczestników wydarzeń”. Badanie zrealizował instytut IQS, a nad całością pracował zespół z udziałem ośmiu agencji eventowych, między innymi Allegro Brand Experience Agency, El Padre, KDK Events, Live Age i Plej. Tematem przewodnim nie była scena, a to, że na jednym wydarzeniu spotykają się dziś cztery pokolenia.
Liczby z tego raportu układają się w prosty obraz. Wielopokoleniowość jest ważna przy organizacji eventów wewnętrznych dla 63 procent firm i przy zewnętrznych dla 57 procent. Siedemdziesiąt procent personalizuje elementy wydarzenia pod kątem wieku uczestników. Jednocześnie 28 procent firm deklaruje różnice w oczekiwaniach uczestników między pokoleniami, a 24 procent różnice w samym sposobie uczestniczenia.
Ostatnie dwie liczby dotyczą prelegenta bardziej niż organizatora. Sposób uczestniczenia to decyzja, czy ktoś kiwa głową, notuje, patrzy w telefon, czy siedzi z rękami złożonymi i twarzą bez wyrazu. Przy czterech pokoleniach na widowni te reakcje nie będą jednolite i nie powinny być. Ze sceny wygląda to jak porażka, bo oko wyszukuje najpierw twarze bez reakcji.
Kiedy prowadzę konferencję, widzę salę z perspektywy, której prelegent nie ma. Widzę, że ta sama osoba, która przez dwadzieścia minut siedziała bez ruchu i nie uśmiechnęła się ani razu, po zejściu mówcy ze sceny idzie prosto do niego z pytaniem. Widzę też, że telefony wychodzą falami, w tych samych momentach bloku, niezależnie od tego, kto akurat mówi.
To jest obserwacja, nie wynik badania, ale zdjęła mi z głowy sporo napięcia i zwykle zdejmuje je prelegentom, z którymi pracuję. Spadek widocznego zainteresowania w dziesiątej minucie rzadko jest oceną treści, częściej końcem naturalnego cyklu uwagi. Liczy się wtedy rytm, przerwa i zmiana formy, a nie dorzucanie treści. Rozpisałem to szerzej w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji.
Najczęstszy odruch przed wystąpieniem brzmi: napiszę sobie całość i wykuję. Problem pojawia się w szóstym zdaniu, kiedy wypada jedno słowo. Pamięć dosłowna działa jak łańcuch, więc gubiąc ogniwo, tracisz dostęp do kolejnych. Wtedy na scenie dzieje się rzecz najgorsza z możliwych: zamiast myśleć o treści, szukasz w głowie konkretnego wyrazu, a sala to widzi.
Działa odwrotna kolejność. Zapisujesz strukturę zamiast tekstu: trzy do pięciu bloków, każdy z własną tezą i jednym przykładem. Zdania układasz na scenie. Brzmi mniej bezpiecznie i jest dużo bezpieczniejsze, bo gubiąc słowo, nie gubisz myśli. O tym, jak taką strukturę zbudować, napisałem osobno w tekście o wystąpieniu otwierającym konferencję.
Sam przez lata sprawdzałem obie drogi i mam w tej sprawie zdanie bez wahania. Przy wykutym tekście pierwsza pomyłka kosztuje całe wystąpienie, bo odbiera pewność na następne dziesięć minut. Przy strukturze pomyłki w zasadzie nie ma: zdanie można powiedzieć inaczej i nikt poza tobą nie wie, że miało brzmieć inaczej.
Napięcie jest najwyższe w pierwszych chwilach i spada, kiedy usłyszysz własny głos w sali. Dlatego jedyny fragment, który opłaca się mieć gotowy słowo w słowo, to otwarcie. Trzy, maksymalnie cztery zdania, przećwiczone na głos tyle razy, żeby wychodziły bez myślenia.
Z mojej praktyki na warsztatach scenicznych wynika dodatkowa korzyść. Osoba, która wie, jak zacznie, przestaje zajmować się pytaniem „czy mi się uda”, bo ma konkretne zadanie na najbliższą minutę. Reszta wystąpienia idzie wtedy z własnego rytmu, a ja ze swojego miejsca obok sceny widzę, że ramiona opadają już po drugim zdaniu.
Trema działa w ciele, więc tam się nią zarządza. Cztery rzeczy, które da się ustawić przed wejściem i w trakcie.
Pauzy uczyłem się najdłużej i nadal muszę o niej pamiętać świadomie. Przy mikrofonie w ręku dwie sekundy ciszy wydają się dziesięcioma, więc odruch każe je zapełnić słowem. Pomogło mi liczenie w głowie do dwóch po zdaniu, które ma zostać w sali. Wygląda to na drobiazg, a jest różnicą między zdaniem usłyszanym a zdaniem zapamiętanym.
Nagraj się telefonem przez trzy minuty, mówiąc swój blok. Potem to obejrzyj. Jest to niewygodne i w tym tkwi sens: po raz pierwszy widzisz to, co widzi sala, a nie to, co czujesz w środku. Zwykle wychodzą trzy rzeczy: za szybkie tempo, ręce, które nie wiedzą, gdzie być, i zdania bez końca.
Na warsztatach to ćwiczenie budzi największy opór i daje największy skok. Ludzie najpierw proszą, żeby nie nagrywać, potem oglądają nagranie z grymasem, a po drugim podejściu mówią wolniej bez przypominania. Żadna moja uwaga z boku sali nie działa tak szybko jak trzy minuty własnego obrazu. Dlatego przy przygotowaniu prelegentów stawiam na to ćwiczenie przed wszystkimi innymi.
Tremy nie zapowiadaj ze sceny. Zdanie „trochę się stresuję” przenosi uwagę z tematu na ciebie i zmusza salę do oceniania twojego stanu. Alkohol przed wejściem obniża kontrolę nad tempem, a napięcia nie rusza. Próby technicznej nie zostawiaj na ostatnie minuty, bo nieznany mikrofon i nieznane odsłuchy podbijają napięcie bardziej niż sama publiczność.
I jedna rzecz z drugiej strony. Trema całkowicie zgaszona odbiera energię. Osoby, które mówią ze sceny obojętnie, są poprawne i zapominane. Celem jest napięcie, którym da się pracować, a nie jego brak. Po kilkuset wydarzeniach poprowadzonych ze sceny wiem, że najlepsze wejścia miałem wtedy, gdy puls był podniesiony, a plan na pierwsze pół minuty gotowy.
Zapisz strukturę w pięciu punktach, napisz otwarcie słowo w słowo, nagraj trzy minuty telefonem i obejrzyj. Cztery godziny pracy, rozłożone na tydzień, zmieniają więcej od miesiąca czytania o technikach. Jeżeli w twojej firmie przed scenę wychodzą eksperci, przećwicz to z nimi wcześniej, a nie na wydarzeniu klienta: zakres takiego przygotowania opisałem w tekście o szkoleniu z wystąpień publicznych.
Masz wystąpienie w kalendarzu i chcesz je przegadać przed terminem? Umów rozmowę o wystąpieniu.

Z tekstu dowiesz się:
Dlaczego agenda i slajd o sobie są najdroższym sposobem rozpoczęcia wystąpienia, cztery otwarcia, które realnie zatrzymują salę, co mówić, gdy poprzedni prelegent przedłużył, i jak przygotować otwarcie, żeby nie brzmiało wyuczone.
Uczestnik wchodzi na Twoje wystąpienie z jednym pytaniem, którego nie zada na głos: zostać czy otworzyć telefon. Odpowiedź daje sobie w kilka pierwszych chwil i potem jej już zwykle nie zmienia. Decyduje tak z oszczędzania uwagi, której na konferencji ma skończoną ilość, a nie z kaprysu.
Polska Organizacja Turystyczna podała w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025”, opartym na danych za 2024 rok, że 69 procent konferencji i kongresów w Polsce trwa jeden dzień. Jednodniowy program oznacza upchnięty blok prelekcji i prelegenta, który wchodzi na scenę po kimś, kto dopiero co przekroczył swój slot. Raport „Event marketing 2024/2025” przygotowany przez MeetingPlanner.pl z instytutem IQS dokłada do tego oczekiwanie klientów wobec komunikacji wydarzenia: na pierwszym miejscu wyszło uniknięcie przebodźcowania. Dla osoby otwierającej wystąpienie wynika z tego jedno: start ustawia cały dalszy rytm.
Rolę zapowiedzi i to, dlaczego przeczytana z internetu notka biograficzna nie działa, rozpisałem w tekście o konferansjerze na wydarzeniu firmowym.
Jedna sytuacja, dwa zdania, bez wstępu. „W czwartek o ósmej rano zadzwonił do mnie klient, że prelegent otwierający nie dojedzie. Mieliśmy czterdzieści minut.” Sala słucha, bo chce wiedzieć, co dalej, a Ty dostajesz prawo do tezy, która z tej historii wynika.
Dane działają na otwarciu tylko wtedy, gdy burzą coś, w co sala wierzy. Liczba potwierdzająca oczywistość nie kupuje uwagi. Warunek: musisz podać, skąd pochodzi, bo pierwsze pytanie z sali będzie właśnie o to.
Nie pytanie retoryczne i nie pytanie o podniesienie ręki w pierwszej minucie, kiedy ludzie jeszcze się nie rozkręcili. Pytanie, które każdy odnosi do własnej sytuacji: „ile kontraktów wyszło z Waszej ostatniej konferencji”. Cisza po takim pytaniu pracuje na Ciebie.
Zdanie postawione wprost, bez zabezpieczeń. Ryzyko jest realne: ktoś się najeży. Taka jest cena tego, że ludzie zaczynają słuchać, bo mają w tej sprawie własne zdanie. Otwarcie bezpieczne jest otwarciem niewidzialnym.
Poprzednia sesja przedłużyła o dwanaście minut, sala wraca z przerwy w połowie i technika nie podaje obrazu. Zasada jest prosta: nazwij sytuację jednym zdaniem, bez przepraszania i bez tłumaczenia technikaliów, i wejdź w temat. „Mamy mniej czasu, więc zostawiam dwie rzeczy z trzech. Pierwsza jest ta.” Sala dostaje informację, że ktoś panuje nad przebiegiem, i to jej wystarcza.
Przy wystąpieniu skróconym w ostatniej chwili nie przyspieszaj, a odejmuj. Wygłoszenie całości w tempie szybszym o trzydzieści procent kończy się tym, że sala nie wynosi niczego. Rozmowa o tym, ile treści faktycznie zostaje uczestnikowi, siedzi w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji.
Te same cztery mechanizmy pracują inaczej w zależności od tego, po co sala przyszła.
Konferencja dla trzystu osób, blok o jedenastej, czterdzieści minut. Prelegent wchodzi, wita organizatorów, dziękuje za zaproszenie, pokazuje slajd z logotypami klientów, zapowiada trzy części i zaczyna od definicji. W tym momencie minęły dwie i pół minuty, czyli ponad sześć procent czasu, a sala nie dostała ani jednego powodu, żeby odłożyć telefon.
Ta sama osoba, ten sam materiał, inna kolejność: scena z projektu, teza, dopiero potem dwa zdania o sobie wplecione w przykład. Podziękowania zostają na koniec, gdzie i tak brzmią lepiej. Kosztuje to pół godziny pracy nad otwarciem, nie zmienia treści i zmienia odbiór całości.
Otwarcie jest jedynym fragmentem, który przygotowuje się słowo w słowo. Paradoks polega na tym, że właśnie dlatego brzmi naturalnie: przećwiczone do poziomu automatu przestaje wymagać myślenia o składni, więc głowa zajmuje się salą.
Napisz pierwsze cztery zdania swojego następnego wystąpienia i sprawdź jedną rzecz: czy po ich wysłuchaniu ktoś z sali wie, dlaczego ma zostać. Jeżeli nie, to nie jest otwarcie, a wstęp do wstępu. O tym, jak z tego zbudować całą prelekcję, napisałem w tekście o keynote otwierającym konferencję.
Chcesz przegadać otwarcie konkretnego wystąpienia? Umów rozmowę o wystąpieniu.

W artykule znajdziesz:
Opis straty, którą firmy ponoszą, nie wiedząc o tym, pięć powodów, dla których prelekcja eksperta nie zostawia śladu, oraz listę rzeczy do zrobienia na dwa tygodnie przed wydarzeniem. Tekst jest o wystąpieniach firmowych ekspertów, nie o zawodowych mówcach.
Wasz ekspert jedzie na konferencję branżową. Ma dwadzieścia minut przed salą, w której siedzi kilkudziesięciu potencjalnych klientów. Wychodzi, przechodzi przez trzydzieści slajdów z wykresami, dziękuje za uwagę i schodzi. Sala klaszcze z uprzejmości. Nikt nie zapamiętał nazwiska, nikt nie podszedł po wystąpieniu, żadna wizytówka nie zmieniła właściciela.
Miesiąc później ta sama osoba publikuje post na LinkedInie, zbiera osiem reakcji i dziwi się, że budowanie marki eksperta nie działa. Tymczasem największą szansę w całym roku dostała właśnie na tej scenie i przepuściła ją w dwadzieścia minut.
Talent nie ma z tym wiele wspólnego. Zabrakło ustalenia, po co ta osoba tam wychodzi, i jednej próby przed wyjazdem.
Prelekcja opisuje zagadnienie, zamiast stawiać zdanie, z którym można się zgodzić albo nie. Opis jest bezpieczny i niezapamiętywalny. Teza daje słuchaczowi coś do zabrania i do powtórzenia koledze w poniedziałek, co jest jedynym realnym miernikiem, czy wystąpienie zadziałało.
Raport „Event marketing 2024/2025” przygotowany przez MeetingPlanner.pl z instytutem IQS pokazuje, czego klienci agencji oczekują od komunikacji wydarzenia na pierwszym miejscu: uniknięcia przebodźcowania. Na tej samej próbie 85 procent firm ocenia doświadczenie uczestnika swoich wydarzeń dobrze. Te dwie odpowiedzi czytają się jako sprzeczność do momentu, w którym policzysz slajdy w typowej prelekcji eksperckiej. Z mojej praktyki po obu stronach stołu wynika prosta zależność: im gęstszy ekran, tym mniej sala wynosi z dwudziestu minut.
Stephen Reysen i Nicholas Fischer opisali w 2026 roku w „Evolutionary Psychology” cztery eksperymenty na 389 studentach. W pierwszym grupa, która wiązała materiał w opowieść, odtworzyła 86 procent elementów, grupa kontrolna 61 procent. Z tego nie wynika, żeby rezygnować z danych. Wynika kolejność: historia przenosi, liczba potwierdza.
Pierwsze trzydzieści sekund idzie na agendę i slajd z logotypami klientów. Sala w tym czasie decyduje, czy zostaje. Jak otworzyć inaczej, rozpisałem w tekście o wystąpieniu otwierającym.
Ekspert pakuje laptopa i jedzie na pociąg. Najcenniejsze minuty całej konferencji to te zaraz po wystąpieniu, kiedy ludzie podchodzą sami. Osoba, która wyjeżdża od razu, płaci za cały wyjazd i zostawia na sali efekt, po który przyjechała.
Policz: dwa dni pracy osoby na przygotowanie, dzień na wydarzeniu, dojazd, nocleg, bilet, czasem opłata za slot sponsorski. Do tego koszt alternatywny, czyli to, czego ta osoba nie zrobiła w tym czasie. Wynik bywa wyższy od miesięcznego budżetu na kampanię, a jego efekt nikt nie mierzy, bo nikt nie ustalił, co miało się stać.
Problem siedzi w sposobie rozliczania. Kampanie rozlicza się z liczb, a wystąpienia z tego, że się odbyły. Dopóki tak zostanie, prelekcje pozostaną najdroższym nierozliczanym działaniem marketingowym w firmie.
Rozmowa przed wyjazdem zwykle dotyczy logistyki: o której próba, jaki format slajdów, czy jest rzutnik. Brakuje trzech pytań, które decydują o wyniku.
Te trzy pytania zajmują dwadzieścia minut i zmieniają całą konstrukcję prelekcji. Zadane po wydarzeniu nie zmieniają już nic.
Jeżeli ktoś z Waszego zespołu ma prelekcję w tym kwartale, przećwiczcie ją, zanim wyjdzie na scenę. Jedna próba z kamerą i jedna rozmowa o celu kosztują pół dnia i zmieniają wynik mocniej od kolejnej iteracji slajdów. O tym, dlaczego scena buduje pozycję szybciej od kalendarza publikacji, napisałem w tekście o wystąpieniach publicznych i marce osobistej, a o pracy z tremą w tekście o tremie przed wystąpieniem.
Wasz ekspert ma prelekcję w kalendarzu? Umów rozmowę o przygotowaniu wystąpienia.

W skrócie
Pamięć pracuje na opowieściach, co widać w liczbach z eksperymentu opublikowanego w 2026 roku. Historia biznesowa ma cztery elementy: sytuację, napięcie, decyzję i konsekwencję. Bez czwartego zostaje anegdota. Dane po historii potwierdzają, dane przed nią zabierają jej miejsce.
Stephen Reysen i Nicholas Fischer opisali w 2026 roku w „Evolutionary Psychology” cztery eksperymenty na 389 studentach. Zadanie polegało na zapamiętaniu zestawu elementów: jedna grupa wiązała je w opowieść, druga uczyła się ich w zwykły sposób. W pierwszym eksperymencie grupa narracyjna odtworzyła 86 procent elementów, grupa kontrolna 61 procent. Różnica utrzymała się w kolejnych odsłonach badania.
Materiał był prosty i daleki od sali konferencyjnej, więc liczb nie da się przenieść wprost na prelekcję. Mechanizm przenosi się jednak dobrze: elementy powiązane przyczyną i skutkiem trzymają się w pamięci, a elementy wymienione obok siebie wypadają. Prelekcja zbudowana jako lista punktów jest dokładnie tą drugą sytuacją.
Konkret, nie kontekst. Nie „pracowaliśmy z firmą z branży produkcyjnej nad poprawą komunikacji wewnętrznej”, a „w hali o siódmej trzydzieści brygadziści czytali ogłoszenie przyklejone do automatu z kawą”. Jedno zdanie z detalem robi więcej od akapitu tła.
Coś, co nie działa, i stawka, którą to ma. Bez napięcia nie ma powodu, żeby słuchać dalej. Najczęstszy błąd polega na pominięciu tej części, bo opowiadający chce szybko przejść do rozwiązania. Sala zostaje wtedy z gotową odpowiedzią na pytanie, którego nie usłyszała.
Moment, w którym ktoś wybrał jedną z opcji, odrzucając pozostałe. Tu siedzi cała wartość historii dla słuchacza, bo właśnie w tym miejscu uczy się czegoś o własnej sytuacji. Decyzja bez odrzuconych alternatyw brzmi jak oczywistość.
Co się stało potem i czego nie wiemy. Element pomijany najczęściej i jedyny, który odróżnia historię od anegdoty. Przy opowieści z projektu konsekwencja bywa niepełna i uczciwiej jest to powiedzieć wprost, niż dopowiadać efekt, którego nikt nie zmierzył.
Kolejność ma znaczenie. Historia niesie, liczba potwierdza. Odwrotna kolejność, czyli slajd z wykresem i dopiero potem przykład, zużywa uwagę na dekodowanie danych, zanim sala wie, czego dotyczą.
Raport „Event marketing 2024/2025” przygotowany przez MeetingPlanner.pl z instytutem IQS stawia uniknięcie przebodźcowania na pierwszym miejscu wśród oczekiwań klientów wobec komunikacji wydarzenia, a trzy liczby wplecione w jedną opowieść działają dokładnie odwrotnie. Praktyczna reguła: jedna liczba na jedną historię, podana po puencie i z nazwą źródła. Trzy liczby wplecione w opowieść rozbijają ją na trzy fragmenty i żaden nie zostaje. O tym, co zrobić z wykresem, który jednak musi się pojawić, napisałem w tekście o prezentacji na scenę.
Najczęstsza reakcja na prośbę o historię brzmi: u nas nic się nie wydarzyło. Zwykle znaczy to, że szukasz czegoś wielkiego, a potrzebujesz czegoś konkretnego. Trzy pytania, które prawie wszystkim coś wyciągają.
Zasada bezpieczeństwa: historia z projektu klienta wymaga zgody albo anonimizacji. Branża i skala zamiast nazwy wystarczają, żeby opowieść działała, i zdejmują ryzyko, którego nie warto brać na scenie.
Wersja pierwsza: „Pracowaliśmy nad poprawą komunikacji wewnętrznej w firmie produkcyjnej. Wdrożyliśmy kilka narzędzi, przeprowadziliśmy badanie i poprawiliśmy wskaźniki zaangażowania.” Trzy zdania, zero obrazu, zero stawki, nic do zapamiętania.
Wersja druga: „W hali o siódmej trzydzieści brygadziści czytali ogłoszenia przyklejone do automatu z kawą, bo nikt z produkcji nie miał firmowej skrzynki. Zarząd nie wiedział o tym, bo komunikaty wychodziły mailem i wyglądały na dostarczone. Trzeba było wybrać: dać wszystkim adresy albo przenieść komunikację tam, gdzie ci ludzie już są. Wybraliśmy drugie i to był zakład, bo oznaczał rezygnację z jednego kanału. Czego nie wiemy do dziś: ile z poprawy wyszło z samej zmiany kanału, a ile z tego, że ktoś wreszcie zapytał tych ludzi o cokolwiek.”
Ta sama sprawa, różnica w konstrukcji. Druga wersja ma sytuację z detalem, napięcie ze stawką, decyzję z odrzuconą opcją i uczciwą konsekwencję. Jest też dłuższa o kilkanaście sekund, co w dwudziestominutowym wystąpieniu jest ceną niską jak na efekt.
Historii cudzych nie opowiadaj jak własnych. Rynek jest mały, a przypisanie sobie czyjegoś projektu wraca szybciej, niż się wydaje. Cudzy przykład podaj z nazwiskiem albo z nazwą firmy, a nie w pierwszej osobie.
Metafor rozciągniętych na całe wystąpienie też lepiej unikać. Himalaje, maraton i orkiestra symfoniczna brzmią dobrze w pierwszej minucie i rozpadają się w piątej, kiedy trzeba dopasować do nich konkretny budżet albo harmonogram. Historia z własnej praktyki nie wymaga naciągania, bo sama jest z tego świata, w którym siedzi sala.
Trzecia rzecz dotyczy długości. Opowieść na siedem minut w dwudziestominutowym wystąpieniu zjada przestrzeń na wnioski. Historia robocza mieści się w dwóch minutach, a jej puenta w jednym zdaniu. Jak ta proporcja wygląda w całej konstrukcji prelekcji, pokazałem w tekście o storytellingu w event marketingu.
Opowiedz swoją historię komuś, kto nie zna branży, i poproś o jedno zdanie streszczenia. Jeżeli to zdanie brzmi jak Twoja teza, konstrukcja trzyma. Streszczenie w postaci opisu sytuacji bez wniosku oznacza brak konsekwencji. Odpowiedź „to było ciekawe” oznacza brak napięcia.
Drugi test dotyczy potrzeby słuchacza. Zapytaj siebie, co ta osoba zrobi inaczej w poniedziałek. Odpowiedź „będzie wiedziała więcej” oznacza, że historia bawi, a nie pracuje. Szerzej o tym, co uczestnik faktycznie wynosi z sali, napisałem w tekście o psychologii uczestnika eventu.
Masz projekt, z którego da się zrobić historię na scenę? Umów rozmowę o wystąpieniu.

Z tekstu dowiesz się:
Czego klienci agencji oczekują od komunikacji wydarzenia na pierwszym miejscu, dlaczego sala prosi o slajdy, które uczą ją gorzej, ile slajdów ma sens przy dwudziestu minutach, co zrobić z wykresem i jak przygotować wersję awaryjną bez rzutnika.
Raport „Event marketing 2024/2025” przygotowany przez MeetingPlanner.pl z instytutem IQS pyta klientów agencji o to, co liczy się w komunikacji wydarzenia. Na pierwszym miejscu wyszło uniknięcie przebodźcowania.
Ten sam raport podaje, że 85 procent firm ocenia doświadczenie uczestnika swoich wydarzeń dobrze, a 37 procent stawia budowanie relacji z partnerami biznesowymi jako pierwszy cel spotkania. Slajd zapisany akapitami pracuje przeciw obu tym rzeczom naraz: zabiera uwagę, którą uczestnik mógłby dać człowiekowi na scenie, i zamienia rozmowę w czytanie. Do tego Polska Organizacja Turystyczna podaje w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025”, na danych za 2024 rok, że 69 procent konferencji i kongresów trwa jeden dzień. Jeden dzień to gęsty program i prelekcje po dwadzieścia minut, a nie wykłady.
Osobna sprawa to prośby samej sali. Po prelekcjach słyszę jedno zdanie częściej od innych: „wyślesz slajdy?”. Uczestnik chce pliku, który przeczyta bez prelegenta, i ta potrzeba jest sensowna. Prośba o slajdy z pełnym tekstem opisuje jednak materiał do czytania po wydarzeniu, a prezentację na scenę buduje się inaczej. Z mojej praktyki te dwa pliki rzadko da się połączyć bez straty dla jednego z nich.
Liczba nie jest regułą, a konsekwencją. Jeden slajd na jedną myśl przy czterech do sześciu myśli w dwudziestominutowym wystąpieniu daje od czterech do ośmiu slajdów plus jeden otwierający. Trzydzieści slajdów w tym samym czasie oznacza czterdzieści sekund na slajd, czyli tempo, w którym sala czyta, zamiast słuchać.
Praktyczny test: zasłoń ekran i powiedz swój blok. Gdy da się to zrobić, slajdy wspierają treść. W przeciwnym razie treść siedzi na slajdach, a Ty jesteś lektorem. Powiązanie między gęstością treści i tym, co uczestnik faktycznie wynosi, rozpisałem w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji.
Wykres na scenie ma jedno zadanie: pokazać jedną rzecz, którą mówisz. Z tego wynikają trzy decyzje.
Tabel na scenę nie dawaj. Sześć kolumn i dziesięć wierszy z odległości piętnastu metrów to szara plama. Z tabeli robi się jedna liczba z podpisem albo plansza przygotowana graficznie, do wysłania po wydarzeniu.
Rzutnik odmawia współpracy częściej, niż wynikałoby to z deklaracji dostawców techniki. Osoba, która ma przygotowany wariant bez obrazu, traci na tym dwie minuty. Kto go nie ma, traci całe wystąpienie.
Przygotowanie zajmuje kwadrans: wypisz na kartce swoje cztery do sześciu myśli i dopisz do każdej jeden przykład. Tak powstaje struktura, którą da się wygłosić bez niczego za plecami. Przy okazji wychodzi, które slajdy były potrzebne, a które tylko zapełniały czas. Jak zbudować tę strukturę od początku, opisałem w tekście o keynote otwierającym konferencję.
Slajd oceniany na monitorze i slajd oceniany z piętnastu metrów to dwa różne slajdy. Cztery rzeczy decydują o tym, czy ostatni rząd w ogóle uczestniczy w wystąpieniu.
Te cztery rzeczy sprawdza się w czasie próby technicznej, stając w ostatnim rzędzie. Pięć minut, a wyłapuje więcej problemów od godziny poprawiania slajdów w biurze.
Najczęstszy błąd polega na robieniu jednego pliku do dwóch zadań. Prezentacja na scenę ma hasła i obrazy, a materiał do wysłania po wydarzeniu ma pełne zdania, źródła i kontakt. Pierwszy bez Ciebie nic nie znaczy, a drugi ma znaczyć właśnie bez Ciebie.
Rozwiązanie jest proste: buduj wersję scenicznej i dopisuj do niej notatki w panelu prelegenta, z którego potem wyeksportujesz plik do wysłania. Dwa pliki zamiast jednego kosztują pół godziny i zdejmują z Ciebie pytanie, czy slajd ma być czytelny z ostatniego rzędu, czy w mailu.
Policz slajdy i podziel czas wystąpienia przez ich liczbę. Wynik poniżej minuty na slajd oznacza, że masz ich za dużo. Potem zasłoń ekran i powiedz swój blok. Te dwa testy zajmują dziesięć minut i wyłapują większość problemów, które sala zauważy ze swoich miejsc. Szerszy kontekst tego, co idzie nie tak w prelekcjach firmowych ekspertów, zebrałem w tekście o trzydziestu slajdach i grzecznych oklaskach.
Chcesz przejść przez swoje slajdy z kimś z zewnątrz? Umów rozmowę o wystąpieniu.

Najważniejsze tezy: Impreza dla pracowników zarabia na siebie wtedy, kiedy rozwiązuje nazwany problem HR: rotację, trudność z rekrutacją, brak kontaktu między zespołami. Bez takiego problemu zostaje festyn, który trzeba opłacić, a którego nie da się rozliczyć przed zarządem.
- Event dla pracowników i event dla klientów to dwa osobne projekty. Łączenie ich na jednej sali kosztuje więcej, niż oszczędza.
- Formaty rekrutacyjne konkurują budżetowo z ogłoszeniami i kampaniami, nie z integracją.
- Forma wynika z odbiorcy i z celu, a nie z gustu zarządu.
- Mierniki ustala się w briefie. Po wydarzeniu zostaje już tylko frekwencja i zdjęcia.
Akceptujesz budżet na wydarzenie dla pracowników, po którym w organizacji nic się nie zmienia? Finansujesz festyn. To nie jest zarzut wobec festynu, bo bywa potrzebny, tylko wobec nazewnictwa. Festyn rozliczasz zadowoleniem, a narzędzie employer brandingu rozliczasz zmianą w liczbach HR. Problem zaczyna się wtedy, kiedy firma kupuje pierwsze, a oczekuje drugiego.
Pracuję przy wydarzeniach pracowniczych z dwóch stron stołu: jako producent i jako osoba, która po stronie klienta odpowiadała za marketing i rekrutację. Poniżej pięć rzeczy, które rozstrzygają o tym, po której stronie wyląduje wasz najbliższy event.
Firmy organizują imprezy integracyjne dlatego, że „tak robimy co roku” albo „ktoś powiedział, że trzeba integrować ludzi”. Weź zespół, który nie zmienił się od dziesięciu lat. Ci ludzie znają się jak łyse konie. Kolejna integracja w tym samym gronie nie wnosi organizacji nowej wartości, bo integrować nie ma już kogo z kim.
Rozdziel więc dwie rzeczy. Wydarzenie dla rozrywki, w którym celem jest odpoczynek i dobry wieczór. I wydarzenie traktowane jako narzędzie, które ma zmienić coś mierzalnego: skrócić czas rekrutacji, obniżyć rotację w konkretnym dziale, przenieść wiedzę między zespołami, które na co dzień się mijają. Oba są uprawnione, dają jednak skrajnie różne rezultaty i wymagają innych pieniędzy.
Traktujemy eventy w dwóch kategoriach. Albo jest to rozrywka, stricte rozrywka, czyli jedziemy, odpalamy wrotki. Wiadomo, film, impreza integracyjna. Albo druga opcja, czyli że event marketing jest skutecznym narzędziem marketingowym do realizacji pewnych celów.
Piotr Kalewski, wywiad w podcaście Markotwórstwo
Firmy produkcyjne i usługowe, z którymi rozmawiam, mają ten sam kłopot: kandydat z zewnątrz nie wie, jak wygląda codzienna praca na hali albo w biurze. Ogłoszenie tego nie pokaże, bo ogłoszenie jest obietnicą, a nie doświadczeniem. Dlatego część budżetu rekrutacyjnego warto przesunąć z portali i kampanii płatnych na formaty, w których kandydat widzi miejsce pracy na własne oczy.
Formaty, które w tej roli widziałem najczęściej: drzwi otwarte z pokazaniem stanowisk pracy, spotkania z zespołem bez udziału działu HR w roli prowadzącego, dni rodzinne otwarte dla znajomych pracowników oraz udział w targach pracy z zadaniem zamiast ulotki. Każdy z nich ma inną cenę i inny zasięg, wszystkie dają jednak to samo: kandydat wychodzi z obrazem miejsca, a nie z listą benefitów.
Przy liczeniu opłacalności nie porównuj kosztu takiego wydarzenia z kosztem integracji. Porównaj go z kosztem nieobsadzonego stanowiska i z kosztem odejścia osoby, która przyszła z fałszywym obrazem firmy. Rozpisałem to w tekście o tym, ile kosztuje rotacja i dlaczego kampania rekrutacyjna tego nie naprawia.
Średnie firmy, od dwustu do pięciuset osób, regularnie próbują upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zbliża się jubileusz, więc prezes chce połączyć imprezę dla załogi z zaproszeniem najważniejszych klientów. Powód jest zwykle budżetowy.
W projektach, które prowadziłem, to się nie udawało ani razu. Zrelaksowany pracownik po kilku drinkach opowiada twojemu partnerowi biznesowemu historie z wakacji i przechodzi z nim na „ty”. Cel wewnętrzny, czyli żeby ludzie odetchnęli, wyklucza się z celem zewnętrznym, czyli żeby klient zobaczył firmę przy pracy. Każda z tych grup potrzebuje innego poziomu formalności, innej agendy i innej liczby alkoholu na stole.
Przy budżecie, który nie pozwala na dwa wydarzenia, ogranicz zakres jednego zamiast mieszać grupy. Krótsza gala dla klientów w pierwszej części dnia i osobny wieczór dla załogi w innym terminie kosztują mniej niż jedna sytuacja, w której tracisz klienta.
Forma i mechanika wynikają z tego, kim jest odbiorca i jaki ślad ma po wydarzeniu zostać. Całodniowy piknik dla pracowników i ich rodzin, z warsztatami dla dzieci, pracuje na wizerunek pracodawcy prorodzinnego i robi to lepiej niż jakikolwiek slogan w ogłoszeniu.
Spotkanie dla zespołu handlowego w wieku od dwudziestu pięciu do czterdziestu pięciu lat, nastawionego na wieczór i rozmowy, wygląda inaczej. Trzygodzinny koncert kwartetu smyczkowego z lampką wina skończy się tam pustą salą po czterdziestu minutach.
Artysta nie jest wybierany na podstawie preferencji zarządu. To, że ulubioną wykonawczynią córki prezesa jest Young Leosia, nie znaczy, że jej koncert odpowiada potrzebom waszej grupy. Pytanie przed wyborem formatu brzmi: co uczestnik ma po tym wydarzeniu zrobić inaczej w poniedziałek. Reszta, od sceny po catering, jest obudową tej odpowiedzi.
Pomiar jest elementem projektowania, a nie dodatkiem po fakcie. Mierniki zamykasz na etapie briefu, zanim ktokolwiek wybierze salę.
Pierwsza warstwa to metryki operacyjne: frekwencja wobec liczby zaproszonych, zaangażowanie w poszczególne strefy, oceny z ankiety. Pokazują, czy wydarzenie w ogóle wydarzyło się tak, jak je zaplanowaliście. Druga warstwa to zachowania i liczby HR: ile aplikacji spłynęło po drzwiach otwartych, jak zmieniła się rotacja w dziale, którego event dotyczył, ilu pracowników samo opublikowało materiały z wydarzenia, ile osób zgłosiło się do programu poleceń.
Zestaw mierników wybierasz pod problem, od którego zaczynałeś. Jak zbierać te dane i czego nie wyczytasz z samej ankiety, rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego. Brak odpowiedzi na pytanie, co mierzysz po wydarzeniu, oznacza zwykle, że nie znasz jeszcze jego celu.
Scenariusz jest hipotetyczny, złożony z sytuacji, które w takich projektach wracają najczęściej. Firma produkcyjna, trzysta osób, rotacja na produkcji powyżej średniej w zakładzie obok, rekrutacja trwa dwa razy dłużej, niż zakładał plan. Zarząd mówi: zróbmy w tym roku porządną imprezę, żeby ludzie poczuli, że o nich dbamy.
Można tak. Tylko impreza odpowiada na pytanie „czy ludziom jest miło”, a firma ma problem z dwoma innymi pytaniami: dlaczego nowi odchodzą w pierwszym kwartale i skąd wziąć kolejnych. To są dwa różne projekty, z różnymi uczestnikami i różnym budżetem.
Pierwszy dotyczy ludzi, którzy już są. Zamiast jednego wieczoru z zespołem muzycznym można zaprojektować dzień, w którym brygadziści i nowi pracownicy robią coś wspólnie, a kadra kierownicza odpowiada na pytania bez slajdów. Miernikiem nie jest ocena imprezy, tylko odejścia w pierwszych dziewięćdziesięciu dniach i liczba zgłoszeń do programu poleceń w kolejnym kwartale.
Drugi dotyczy ludzi, których jeszcze nie ma. Dzień otwarty z wejściem na halę, rozmowami przy stanowiskach i prostym zadaniem rekrutacyjnym na miejscu. Mierniki: liczba osób, które przyszły, liczba aplikacji w ciągu dwóch tygodni, odsetek kandydatów, którzy dotarli do rozmowy. Ten event porównujesz kosztowo z trzymiesięczną kampanią na portalu, a nie z cateringiem na jubileusz.
Oba da się zrobić za pieniądze przeznaczone wcześniej na jedną dużą imprezę. Różnica polega na tym, że po pierwszym wariancie masz zdjęcia, a po drugim dwie liczby do pokazania na zarządzie.
Kolejność pracy nad formatem pracowniczym wygląda tak: zdiagnozuj problem HR, który event ma ruszyć, opisz uczestnika i zachowanie, którego od niego oczekujesz, dobierz mechanikę pod to zachowanie, rozdziel grupy docelowe na osobne wydarzenia i ustal mierniki w briefie. Szersze ujęcie formatów i pomiaru w employer brandingu znajdziesz w tekście o tym, jak budować wizerunek pracodawcy za pomocą wydarzeń.
Impreza firmowa staje się narzędziem zmiany w momencie, w którym ktoś potrafi powiedzieć, co ma być po niej inne niż przed nią. Do tego czasu jest pozycją kosztową z dobrym cateringiem.
Celem. Impreza integracyjna ma dać ludziom odpoczynek i dobry wieczór, a rozliczasz ją zadowoleniem uczestników. Event employer brandingowy ma zmienić coś mierzalnego w organizacji: liczbę aplikacji, rotację w dziale, gotowość pracowników do polecania firmy. Obie formy są potrzebne, wymagają jednak innego budżetu, innej mechaniki i innego sposobu rozliczenia przed zarządem.
Z mojej praktyki to się nie sprawdza. Pracownik na swoim wydarzeniu ma prawo odpuścić formę, a klient obserwuje firmę w roli dostawcy. Te dwie sytuacje wykluczają się na jednej sali, szczególnie wieczorem i przy alkoholu. Przy budżecie na jedno wydarzenie bezpieczniej je skrócić i zrobić osobne spotkanie dla klientów w innym terminie.
Drzwi otwarte z pokazaniem realnych stanowisk pracy, spotkania z zespołem, dni rodzinne otwarte dla znajomych pracowników i udział w targach pracy z zadaniem zamiast ulotki. Wspólny mianownik jest jeden: kandydat widzi miejsce pracy i ludzi, zamiast czytać opis stanowiska. Taki format porównuj kosztowo z kampanią rekrutacyjną, a nie z integracją.
Zacznij od problemu, który event ma ruszyć, i od jego ceny: kosztu nieobsadzonego stanowiska, kosztu odejścia pracownika, kosztu przestoju w dziale. Następnie pokaż, które z tych liczb zamierzasz mierzyć po wydarzeniu i w jakim terminie. Wniosek budżetowy opisujący tylko atrakcje i liczbę uczestników zarząd czyta jako koszt rozrywki.
Piotr Kalewski, projektant doświadczeń biznesowych i CEO Event Marketing Institute. Pracuje przy wydarzeniach B2B z trzech stron stołu: jako event manager w agencji, Head of Marketing po stronie klienta i szef własnej firmy. Ma za sobą ponad 700 wydarzeń i ponad 400 wystąpień na scenie. Autor książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” (2025), wykładowca WSB Merito Poznań, twórca kanału „Wejście od zaplecza” o kulisach branży.
Przyjdź z problemem HR, który ma ruszyć, i z tym, co już wiecie: terminem, liczbą osób, budżetem. Na godzinnej konsultacji rozbieramy format na cel, uczestnika i mechanikę, ustalamy, czy to ma być jedno wydarzenie, czy dwa, i wybieramy mierniki do briefu. Po spotkaniu dostajesz podsumowanie z rekomendacjami.
Po wystąpieniach najczęściej słyszę: pokaż, jak to wygląda
od środka. Więc pokazuję. Rozmowy z ludźmi, którzy wymyślają, produkują czy realizują wydarzenia naprawdę, nagrania
z konferencji i odcinki, w których rozbieram event na części, a także moje gościnne wywiady.
Nie wiesz od czego zacząć?
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.