Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Zadaję je od 12 lat i okazuje się, że marketing B2B wielu firm jest prowadzony ,,na czuja”, bez danych, strategii i oczywiście... bez efektu.
Pomogę Ci poukładać procesy, rozwinąć zespół, stworzyć odważne kampanie oraz eventy, które nie tylko wyróżnią Twoją firmę, ale także zbudują długotrwałe relacje z klientami.

Masz konkretny problem, który chcesz rozwiązać lub potrzebujesz indywidualnego doradztwa? Spotkajmy się jeden na jeden.
Możemy omówić następujące obszary:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
250 zł netto / 60 min
850 zł netto / pakiet 4x60 min
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Twój zespół potrzebuje nowych kompetencji? Praktyczne warsztaty, które rozwiną ich umiejętności, dopasowane do potrzeb Waszej firmy.
Szkolenia dostosowane do potrzeb:
· Zespół 3-8 os
· Online / offline
· Interaktywne ćwiczenia
· Case studies i przykłady
· Gotowe narzędzia do wdrożenia
Cena:
3000 zł netto / dzień szkoleniowy
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Potrzebujesz dynamicznego i merytorycznego prelegenta na swoje wydarzenie?
Zapraszam do współpracy:
· Prelekcje i panele eksperckie
· Moderacja dyskusji i debat
· Warsztaty i szkolenia podczas konferencji
· Prowadzenie wydarzeń jako konferansjer lub host
Dodatkowo: pomogę w stworzeniu scenariusza scenicznego
czy przygotowaniu zespołu do wystąpienia na scenie.
Cena:
2000–3000 zł netto










Książka zawiera wszystko, czego sam szukałem zaczynając pracę w branży eventowej. Sprawdzone procesy, narzędzia i wskazówki, które oszczędzą Ci nauki na własnych błędach.
Ten przewodnik pokaże Ci krok po kroku, jak stać się skutecznym event managerem.
Przegląd najciekawszych wydarzeń branżowych - konferencje, szkolenia
i warsztaty, na których trzeba być! Zobacz, gdzie możesz posłuchać o marketingu B2B, zaczerpnąć inspiracji do swoich działań i networkingować.

Siódma edycja spotkania podcasterów. Jeden dzień, warsztaty i strefa sprzętu.
Konkretna wiedza z marketingu B2B i event marketingu.
Bez lania wody, za to z instrukcją "jak to zrobić".
Bo teoria bez praktyki jest bezużyteczna.

Z tego artykułu dowiesz się: czy wigilia firmowa zamienia się w zwykłą imprezę integracyjną, co mówią sprzeczne dane o skali zjawiska, od czego zależy forma spotkania, jak różnią się oczekiwania pokoleń, czy to koszt czy inwestycja i dlaczego jeden wieczór często przegrywa z kilkoma drobnymi gestami rozciągniętymi na cały grudzień.
W tym samym tygodniu grudnia dwie firmy z tego samego miasta robią spotkanie świąteczne. W pierwszej jest biały obrus, barszcz z uszkami, opłatek i prezes, który mówi dwadzieścia minut o trudnym roku. W drugiej jest klub, open bar, DJ i żadnego nawiązania do świąt poza czapkami Mikołaja przy wejściu.
Obie nazywają to wigilią firmową i wydają na nią porównywalne pieniądze. Gdy zapytać organizatorów, co ma się zmienić po tym wieczorze, w obu zapada cisza.
Ten tekst jest o różnicy między tymi dwoma wieczorami, o tym, skąd się wzięła, i o pytaniu, które coraz częściej pada na spotkaniach zarządów: czy w ogóle warto to robić.
Dane pokazują rozjazd, który łatwo przeoczyć. Według analiz portalu Briefly prawie dwie trzecie firmowych imprez świątecznych ma tradycyjną oprawę i formę przyjęcia zasiadanego, a bierze w nich udział średnio trzydzieści jeden osób. Trzydzieści siedem procent to spotkania mniej formalne, w formule bufetowej, gromadzące średnio pięćdziesiąt siedem osób. Dwadzieścia procent łączy się z zabawą taneczną i tam średnia to już osiemdziesiąt osób.
Widać z tego prostą zależność: im większe spotkanie, tym mniej wigilii, a więcej imprezy. Tradycja działa przy stole na trzydzieści osób. Przy osiemdziesięciu opłatek staje się logistycznym wyzwaniem, a przy dwustu przestaje mieć sens jako element wspólny.
Ten sam podział widać geograficznie. Leonardo Hotels, sieć obsługująca oba największe rynki MICE w kraju, opisuje różnicę wprost: w Krakowie spotkania firmowe pozostają zakorzenione w tradycji, z uroczystą kolacją wigilijną, klasycznym układem stołów i białymi obrusami, a firmy przywiązują wagę do lokalnego kolorytu miejsca. W Warszawie popularniejsze są swobodne Christmas Parties z open barem i muzyką na żywo, a zapytania dotyczą mniej standardowych nakryć, na przykład czarnych obrusów.
Za wyborem obrusa stoi decyzja o tym, czym ma być grudniowy wieczór: podsumowaniem roku w gronie ludzi, którzy razem pracowali, albo nagrodą w formie zabawy. Estetyka jest tylko konsekwencją tej decyzji, choć zwykle to od niej zaczyna się rozmowa z obiektem.
Tu robi się ciekawie, bo odpowiedź zależy od tego, kogo się pyta.
Randstad w badaniu „Plany pracodawców" podał za grudzień 2025, że wigilię pracowniczą organizuje dwadzieścia jeden procent firm, a czterdzieści cztery procent nie planuje żadnych działań okolicznościowych. Better Workplace w tym samym sezonie raportował, że święta celebruje osiemdziesiąt osiem procent firm, siedemdziesiąt osiem procent organizuje wydarzenia, czterdzieści sześć procent przygotowuje paczki, a czterdzieści wypłaca premie.
Dwadzieścia jeden procent kontra siedemdziesiąt osiem. Nie da się tego pogodzić inaczej niż przez różnice w próbie i w samym pytaniu. Randstad bada szeroki przekrój pracodawców, w tym małe firmy, które nie robią niczego. Better Workplace pyta prawdopodobnie organizacje większe i bardziej sformalizowane, a „celebrowanie" obejmuje wszystko, łącznie z paczką i życzeniami na Slacku.
Dla porównania warto sięgnąć do archiwum. To samo badanie Randstad w 2017 roku pokazywało czterdzieści procent firm organizujących spotkanie świąteczne i osiemdziesiąt dwa procent szykujących jakąś bożonarodzeniową niespodziankę, przy budżecie od stu do trzystu złotych na osobę. Zestawienie z dwudziestoma jeden procentami z 2025 roku sugeruje spadek, ale ostrożnie: to inne lata, prawdopodobnie inne próby i inaczej zadane pytania.
Uczciwa odpowiedź brzmi więc tak: nie mamy jednego wiarygodnego szeregu czasowego, który pokazywałby, czy wigilii firmowych jest z roku na rok mniej. Mamy natomiast mocne dane o tym, że wydarzenia się odbywają i że są drogie. Według Briefly średni koszt spotkania świątecznego wyniósł w 2025 roku około dwustu pięćdziesięciu złotych na osobę, przy dwustu dwudziestu w firmach do pięćdziesięciu osób i ponad dwustu osiemdziesięciu w dużych organizacjach. Dwa lata wcześniej ta sama średnia wynosiła dwieście czternaście złotych.
Z danych i z praktyki wychodzą trzy zmienne, w tej kolejności ważności.
Najsilniejszy czynnik. Trzydziestoosobowy zespół może usiąść przy jednym stole i podzielić się opłatkiem. Przy dwustu osobach to samo zajmuje czterdzieści minut i część sali spędza je, stojąc w kolejce. Stąd bierze się statystyka: im więcej uczestników, tym częściej bufet, tym częściej parkiet.
Kontrast Kraków kontra Warszawa nie wynika z tego, że jedni są bardziej tradycyjni jako ludzie. Wynika ze struktury zatrudnienia. Tam, gdzie dominują korporacje międzynarodowe z wielokulturowymi zespołami, formuła religijna jest naturalnie słabsza. Tam, gdzie firmy są lokalne i załoga mieszka w jednym mieście od pokoleń, wigilia zostaje wigilią.
Najciekawszy i najrzadziej nazywany czynnik. Są firmy, w których podziękowanie z imienia jest czymś naturalnym, i takie, w których część oficjalna to obowiązkowy rytuał przeczekiwany przy stoliku. Formuła spotkania zwykle wiernie odbija to, jak firma funkcjonuje przez pozostałe jedenaście miesięcy. Wydarzenie niczego nie ukryje, choć wiele osób na to liczy.
To pytanie pada często i najczęściej dostaje leniwą odpowiedź, że młodzi nie chcą się integrować. Dane mówią coś bardziej złożonego.
Z badania Randstad wynika, że w Polsce pięćdziesiąt dwa procent przedstawicieli pokolenia Z czuje się w pełni zaangażowanych w pracę, a pięćdziesiąt cztery procent regularnie przegląda oferty pracy. Hays Poland w raporcie „Gen Boost 2025", opartym na badaniu młodych pracowników i menedżerów z pozostałych pokoleń, stawia identyfikację z firmą jako jeden z trzech tematów przewodnich obok wieloetatowości i dobrostanu psychicznego.
Te liczby opisują słabsze przywiązanie do firmy jako instytucji i mniejszą gotowość na rytuały bez wyraźnego sensu, a nie niechęć do wspólnego świętowania. Osoba, która co kilka tygodni przegląda rynek, przyjdzie na wieczór wtedy, gdy coś z niego ma: ludzi, których lubi, dobre jedzenie albo poczucie, że ktoś zauważył jej pracę. Obowiązek wobec pracodawcy przestał być wystarczającym powodem.
Ciekawym sygnałem jest praktyka, którą obserwują hotelarze. Pracownicy coraz częściej otrzymują kilka propozycji scenariuszy spotkania w różnych lokalizacjach i głosują na wariant, który im odpowiada. Decyzja przenosi się z biurka prezesa i działu HR do zespołu. To jest zmiana głębsza niż wybór między barszczem a burgerem, bo dotyczy tego, czyje to właściwie święto.
Różnice międzypokoleniowe w praktyce sprowadzają się do trzech rzeczy. Starsze pokolenia łatwiej akceptują część oficjalną i rytuał. Młodsze częściej pytają o sens i o to, czy udział jest dobrowolny. Wszystkie natomiast reagują tak samo na jedną rzecz: na to, czy ktoś podziękował im po imieniu.
Nie każda firma powinna. Poniżej uczciwy bilans, bez sprzedawania usługi na siłę.
Odpowiedź na pytanie „czy warto" brzmi więc: warto, jeżeli potrafisz nazwać, co ma się dzięki temu zmienić. Jeżeli jedynym powodem jest to, że zawsze tak robimy, lepiej wydać ten budżet inaczej i powiedzieć to załodze wprost.
To jest część, którą marketing zwykle przegapia, oddając cały temat administracji. Tymczasem spotkanie świąteczne jest jednym z nielicznych wydarzeń w roku, w którym w jednym miejscu są wszyscy ludzie firmy, w dobrym nastroju i bez presji zadaniowej.
Ważne zastrzeżenie: wydarzenie wewnętrzne przerobione w całości na materiał marketingowy przestaje być wydarzeniem dla ludzi, a staje się planem zdjęciowym. Uczestnicy wyczuwają to natychmiast.
Dziesięć tysięcy złotych za wieczór dla czterdziestu osób broni się w rozmowie z zarządem tylko wtedy, gdy potrafisz nazwać, co za tę kwotę kupujesz poza kolacją. Poniżej cztery odpowiedzi, które realnie się obronią.
Test jest prosty i niewygodny: czy potrafisz wskazać, co konkretnie ma być inne po tym spotkaniu. Jeżeli odpowiedź brzmi „ludzie się zintegrują", to jest to koszt. Jeżeli brzmi „chcemy, żeby produkcja i biuro zaczęły ze sobą rozmawiać, i sprawdzimy to w styczniowej ankiecie", to jest inwestycja.
Tu jest teza, której bronie najmocniej. Kilka drobnych akcentów rozciągniętych na miesiąc zwykle daje więcej niż jeden wieczór za cały budżet.
Spotkanie świąteczne zostaje w tym układzie finałem sezonu, a nie całym sezonem. Różnica jest zasadnicza. Jeden wieczór to jeden bodziec dla tych, którzy przyszli. Miesiąc drobnych akcentów dociera też do osób, które na spotkanie nie dotrą: pracowników zmianowych, zdalnych, rodziców małych dzieci, którzy w piątek wieczorem są w domu. A to zwykle właśnie ci ludzie najrzadziej czują, że firma o nich pamięta.
Branża zresztą idzie w tę stronę. Hotelarze mówią o wyraźnym zwrocie ku personalizacji i o tym, że goście mają aktywnie uczestniczyć w wydarzeniu, a nie je konsumować. Stąd popularność warsztatów kulinarnych, tworzenia dekoracji czy świec zamiast kolejnego zespołu coverowego.
Moja prognoza, oparta na danych i na tym, co widzę u klientów: nie znikną, ale przestaną być jednym formatem.
Argument za trwaniem jest mocny. Sezon świąteczny to dla branży spotkań cały grudzień, a w Warszawie i Krakowie hotele notują w tym miesiącu wysokie obciążenie powierzchni. Lead time się wydłuża: przy dużych wydarzeniach średni czas planowania to około dwustu dni. Firmy nie rezygnują ze spotkań, tylko planują je wcześniej i staranniej.
Argument za zmianą formy jest równie mocny. Zespoły są coraz częściej rozproszone i wielokulturowe, uczestnicy oczekują realnej roli zamiast miejsca na widowni, a alkohol przestał być domyślnym elementem programu. Do tego dochodzi presja na rozliczalność: zarządy pytają dziś o efekt wieczoru częściej niż pięć lat temu.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższe lata to rozwarstwienie. Mniejsze firmy z lokalną załogą zachowają tradycyjną wigilię z opłatkiem, bo ona tam po prostu działa. Większe organizacje będą robić coś, co przypomina raczej doroczne święto firmy niż wieczerzę wigilijną. A część przeniesie ciężar z jednego wieczoru na kilka mniejszych gestów rozciągniętych na miesiąc.
Przegrają na tym te firmy, które nie zauważą zmiany i będą co roku odtwarzać ten sam scenariusz, dziwiąc się spadającej frekwencji.
Wigilia firmowa działa dokładnie na tyle dobrze, na ile jasno postawiono przed nią cel. Tradycyjna kolacja z opłatkiem i impreza w klubie odpowiadają na dwa różne pytania i obie bywają trafne. Kłopot zaczyna się przy trzeciej możliwości: powtarzaniu zeszłorocznego scenariusza z rozpędu, bez odpowiedzi na pytanie, po co.
Nie da się tego rozstrzygnąć dostępnymi danymi, bo różne badania podają wyniki od dwudziestu jeden do siedemdziesięciu ośmiu procent firm, w zależności od próby i sformułowania pytania. Pewne jest natomiast, że zmienia się forma: rośnie udział spotkań mniej formalnych, a przy większych zespołach tradycyjna wieczerza ustępuje bufetowi i części tanecznej.
Nie musi. Przy zespołach zróżnicowanych światopoglądowo rozsądnie jest przesunąć akcent na podsumowanie roku, nazwać wydarzenie spotkaniem świątecznym albo noworocznym, a opłatek zostawić jako element dostępny dla chętnych.
To zależy od tego, czego brakuje. Premia rozwiązuje problem finansowy pojedynczej osoby i nie buduje relacji. Spotkanie buduje relacje i nie poprawia niczyjego budżetu domowego. W firmach, w których wynagrodzenia są napięte, wybór wyłącznie imprezy bywa odbierany jako lekceważenie.
Punktem odniesienia z 2025 roku jest około dwustu pięćdziesięciu złotych na uczestnika, przy dwustu dwudziestu w mniejszych firmach i ponad dwustu osiemdziesięciu w dużych (Briefly). Ważniejsze od kwoty jest to, jak ją dzielisz między oprawę a program.
Warto, ale nie w formie transmisji. Lepiej działa paczka wysłana wcześniej i jeden wspólny moment o stałej godzinie albo osobne spotkanie zaprojektowane pod pracę rozproszoną. Osoba oglądająca cudzą kolację przez dwie godziny czuje się bardziej wykluczona niż przed włączeniem kamery.
Pokaż cel i sposób sprawdzenia go: frekwencję rzeczywistą wobec deklarowanej, krótką ankietę po wydarzeniu i listę inicjatyw zgłoszonych w miesiąc po spotkaniu. Trzy liczby wystarczą do rozmowy o budżecie na kolejny rok.
Tak i to najczęstszy kierunek: krótka część tradycyjna z życzeniami i opłatkiem dla chętnych, a potem format angażujący, na przykład warsztat kulinarny albo zadanie zespołowe. Ważna jest kolejność: element wymagający uwagi wypada przed kolacją.
Zastanawiasz się, czy w tym roku robić wigilię, czy wydać ten budżet inaczej? Napisz, ilu macie ludzi i co ma się zmienić po tym spotkaniu, a powiem szczerze, czy wydarzenie jest tu właściwym narzędziem. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych. Praktyczną stronę organizacji opisałem w poradniku w pięciu krokach, a alternatywne formaty w tekście o pomysłach na spotkanie świąteczne.

Z tego artykułu dowiesz się: czym EVP różni się od zestawu przymiotników z warsztatu, jaki jeden test pokazuje, czy Wasze EVP istnieje naprawdę, jak przełożyć każdy jego element na konkretne wydarzenie lub program i jak zbudować z niego roczny kalendarz działań dla pracowników.
W skrócie: EVP działa wtedy, gdy dla każdego jego elementu potrafisz wskazać moment w roku, w którym pracownik tego doświadcza. Jeżeli takiego momentu nie ma, obietnica jest deklaracją, a ludzie to wyczuwają szybciej niż dział HR. Traktuj EVP jak brief dla kalendarza wydarzeń pracowniczych, nie jak materiał dla grafika.
Employee value proposition powstaje zwykle tak samo: warsztat z zarządem, kilka godzin dyskusji, na wyjściu cztery albo pięć haseł. Rozwój. Współpraca. Wpływ. Elastyczność. Potem grafik ubiera to w layout, HR wrzuca do ogłoszeń rekrutacyjnych i na stronę kariery, a zarząd odhacza temat.
Rok później ktoś pyta, dlaczego kandydaci nie widzą różnicy między nami a konkurencją.
Bo powstaje jako komunikat, a miało powstać jako obietnica. Różnica jest praktyczna: komunikat wystarczy ładnie sformułować, obietnicę trzeba spełnić w konkretnym momencie i w sposób, który człowiek zapamięta.
Dochodzi drugi problem. Większość zestawów EVP w polskich firmach jest wymienna. Zasłoń logo i nie odróżnisz producenta okien od software house'u, bo obie firmy obiecują rozwój, dobrą atmosferę i realny wpływ. Obietnica, która pasuje do każdego, nie przyciąga nikogo.
To ten sam mechanizm, który opisałem przy wartościach firmowych: deklaracja bez doświadczenia buduje cynizm, nie zaangażowanie. EVP jest tego szczególnym przypadkiem, bo dotyczy nie tylko obecnych pracowników, ale też kandydatów, którzy weryfikują obietnicę w pierwszym miesiącu pracy.
Jest test, który zajmuje kwadrans i nie wymaga budżetu. Wypisz elementy swojego EVP w kolumnie, a obok każdego wpisz moment z ostatnich dwunastu miesięcy, w którym przeciętny pracownik tego doświadczył. Nie „mamy taką wartość", tylko konkretne wydarzenie, sytuację albo decyzję, którą da się opowiedzieć.
W większości firm, z którymi rozmawiam, dwa z czterech elementów mają pustą rubrykę, a jeden wpis ogólny. To nie jest powód do wstydu, tylko punkt startu: wiadomo, czym zająć się najpierw.
Każdy element potrzebuje własnego nośnika: wydarzenia, programu albo zmiany w procesie, którą ludzie odczują. Poniżej cztery najczęstsze obietnice i to, co realnie je udowadnia.
Dowodem nie jest budżet szkoleniowy, tylko widoczność efektu. Wewnętrzny format, w którym pracownicy uczą innych tego, co sami umieją, robi więcej niż katalog kursów. Osoba prowadząca dostaje uznanie, reszta wiedzę, a firma materiał, który może pokazać kandydatom.
Obietnica wpływu jest pusta, dopóki nie ma miejsca, w którym pomysł pracownika staje się decyzją. Program oddolnych inicjatyw z jasnym trybem rozpatrywania i publiczną informacją, co weszło w życie, dowodzi tego lepiej niż każda ankieta.
Tu nośnikiem jest wydarzenie, ale nie dowolne. Musi mieć mechanikę, w której ludzie z różnych działów coś razem osiągają, a nie wspólnie oglądają. Różnicę rozpisałem w tekście o atrakcjach, które realnie integrują.
Najtańszy element i najczęściej zaniedbany. Wystarczy jeden format w roku, w którym firma publicznie oddaje uwagę konkretnym ludziom za konkretne rzeczy. Warunek: uznanie musi dotyczyć osób, które normalnie nie są widoczne w komunikacji wewnętrznej.
Traktuj EVP jak brief. Każdy element dostaje przypisany moment w roku, właściciela i sposób sprawdzenia, czy zadziałał.
Kalendarz zbudowany w ten sposób ma jedną zaletę, której nie ma kampania wizerunkowa: da się go obronić przed zarządem, bo każda pozycja odpowiada konkretnej obietnicy złożonej kandydatom.
Znajomość EVP wśród pracowników mierzy skuteczność komunikacji, nie siłę obietnicy. Pytaj o doświadczenie.
Ostatnie pytanie bywa niewygodne i dlatego jest najbardziej użyteczne. Odpowiedzi zwykle pokrywają się z pustymi rubrykami z testu na początku tego tekstu.
EVP nie jest zestawem przymiotników ani zadaniem dla grafika. Jest obietnicą, która potrzebuje momentu w kalendarzu, właściciela i dowodu. Firma, która potrafi wskazać taki moment dla każdego elementu, ma EVP. Reszta ma slajd.
Tyle, ile firma potrafi udowodnić doświadczeniem. Trzy obietnice z realnymi momentami działają lepiej niż sześć haseł, z których cztery mają pustą rubrykę.
Wartości opisują, jak firma działa i czego oczekuje. EVP opisuje, co firma daje w zamian za pracę. W praktyce oba dokumenty często powtarzają te same przymiotniki, choć odpowiadają na inne pytania.
Udział zespołu pomaga, bo obietnica musi mieć pokrycie w tym, co ludzie faktycznie cenią. Sam warsztat niczego jednak nie załatwia. EVP wypracowane wspólnie i pozbawione momentów jest równie martwe jak EVP ogłoszone przez zarząd.
Samą obietnicę rzadko, raz na kilka lat albo przy istotnej zmianie strategii. Kalendarz działać, które ją udowadniają, co roku. Częstsze zmiany haseł sprawiają, że ludzie przestają je traktować poważnie.
Potrzebuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś ma wybrać ją zamiast większego pracodawcy. To jest EVP, niezależnie od tego, czy ktoś nazwie je po angielsku. Przy małej skali odpowiedź bywa nawet łatwiejsza, bo różnice są wyraźniejsze.
HR za treść i pomiar, ale za dowody odpowiada cały zarząd, bo większość elementów wymaga decyzji poza działem kadr. Jeżeli EVP jest projektem wyłącznie HR, kończy się na komunikacji.
Masz EVP i nie wiesz, gdzie ma się wydarzyć? Przynieś je na konsultację: przejdziemy element po elemencie, znajdziemy puste rubryki i przypiszemy do nich konkretne momenty w roku. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Kalendarz konferencji w Polsce puchnie z roku na rok, a doba dalej ma dwadzieścia cztery godziny. Wybór nie polega więc na tym, żeby zdążyć wszędzie, tylko na tym, żeby pojechać na kilka właściwych rzeczy zamiast na dziesięć przypadkowych.
To pierwszy odcinek cyklu, w którym co dwa tygodnie wybieram wydarzenia biznesowe warte kalendarza — raz Poznań, raz Warszawa. Nie jest to spis wszystkiego, co się dzieje. To krótka lista rzeczy, na które sam bym pojechał albo na które jadę.
Każde wydarzenie ma tu skrót: kiedy, gdzie, dla kogo i dlaczego warto. Jeśli chcesz szczegółów — program, prelegentów, bilety — klikasz w tytuł i czytasz pełny opis.
Z tego artykułu dowiesz się:
Pięć pozycji. Cztery poznańskie i jedna warta wyjazdu do Warszawy. Kolejność nie jest chronologiczna — układam je od strategii, przez branżę, po spotkanie, na które sam zapraszam.
Dla kogo: właściciele firm, zarządy, kadra C-level.
Jednodniowa konferencja zbudowana wokół jednego procesu: od zrozumienia rynku, przez decyzje strategiczne i model finansowy, po wdrożenie. Organizator, Scena Mistrzów, mówi wprost, że nie chodzi o kolejne spotkanie inspiracyjne.
Polecam ją osobom, które mają już firmę i konkretny problem strategiczny na biurku, a nie tym, które szukają motywacji. Format jednodniowy jest tu zaletą: cały wątek zamyka się w jednym dniu, bez rozmycia na trzy ścieżki równoległe.
Szczegóły programu i informacje o biletach: Strategy Summit Conference 2026 w Poznaniu.
Dla kogo: środowisko naukowe, jakościowcy, R&D, osoby od zrównoważonego rozwoju w produkcji.
Międzynarodowa konferencja o towaroznawstwie, jakości i zarządzaniu, w całości po angielsku, organizowana razem z 3. International Conference on Quality and Management Sciences. Wraca po długiej przerwie, w roku stulecia uczelni.
To najbardziej niszowa pozycja z całej piątki i świadomie ją tu zostawiam. Jeśli pracujesz przy jakości, certyfikacji albo zrównoważonym łańcuchu dostaw, trzy dni w gronie międzynarodowym dają Ci więcej niż dziesięć webinarów. Jeśli nie — spokojnie pomijasz.
Program, opłaty i szczegóły rejestracji: 22. Sympozjum IGWT 2026 w Poznaniu.
Dla kogo: podcasterzy, twórcy wideo i contentu, marki budujące pozycję przez podcast.
Termin wypada już w październiku, ale trafia do wrześniowego zestawienia z prostego powodu: liczba miejsc na warsztatach jest ograniczona i zamykają się wcześniej niż sprzedaż biletów. Decyzję podejmuje się teraz.
Siódma edycja, jeden dzień, format bez nadęcia: sześć prelekcji, cztery warsztaty równoległe do wyboru i strefa sprzętowa PyrCaster PRO, w której da się dotknąć mikrofonu przed zakupem. Deklaruję konflikt interesów — współtworzę to wydarzenie, odpowiadam za stronę, komunikację i partnerów.
Program dnia, warsztaty i bilety: PyrCaster 2026 w Poznaniu.
Dla kogo: marketing, zakupy marketingowe, osoby odpowiedzialne za gadżety, produkcję i materiały reklamowe.
Jedyna pozycja spoza Poznania w tym zestawieniu i jedyna o charakterze targowym. Największa w roku gęstość dostawców reklamy i gadżetów na metr kwadratowy, a przy okazji część konferencyjna z blokiem Connect & Knowledge.
Jedź, jeśli masz do porównania ofert więcej niż trzy albo szukasz nowych dostawców. Nie jedź po inspirację — to nie ten format. Umów spotkania przed przyjazdem, bo na miejscu rozmowa na stoisku rzadko wychodzi poza wymianę wizytówek.
Szczegóły: Festiwal Marketingu 2026 w Warszawie.
Dla kogo: marketing, social media, komunikacja — od juniorów po osoby prowadzące własne działania.
Trzy wystąpienia i networking, wstęp bezpłatny po rejestracji. Znów deklaruję konflikt interesów: prowadzę to spotkanie i współtworzę poznańską odsłonę cyklu razem z Weroniką Kałużną, Jakubem Frontczakiem i Eweliną Tobołą.
Polecam je z innego powodu niż resztę tej listy. Czwartki są najtańszym sposobem, żeby regularnie widywać ludzi z branży w jednym mieście — a regularność w networkingu robi więcej niż jedna duża konferencja raz do roku.
Szczegóły, prelegenci i zapisy: 68. Czwartek Social Media w Poznaniu.
Trzy kryteria, w tej kolejności.
Nie oceniam po liczbie uczestników ani po budżecie produkcji. Widziałem spotkania na czterdzieści osób w knajpie, które dały uczestnikom więcej niż konferencje za kilkaset tysięcy złotych. Przy dwóch pozycjach z tej listy jestem po stronie organizatora i mówię o tym wprost, zamiast udawać dystans.
Trzy formaty, trzy różne mechaniki. Mylenie ich to najczęstszy powód rozczarowania — nie dlatego, że wydarzenie było słabe, tylko dlatego, że pojechałeś po coś, czego ten format nie dowozi.
Konferencja to transfer wiedzy z jasną hierarchią: scena, publiczność, program. Jedziesz po uporządkowany obraz tematu i po prelegentów, do których w innych okolicznościach byś się nie dostał. Kontakty są tu produktem ubocznym, a nie głównym daniem.
Meetup i spotkania cykliczne działają odwrotnie. Merytoryka jest krótka, często trzy wystąpienia po dwadzieścia minut, a wartość leży w tym, co dzieje się przy stolikach. Jedno spotkanie rzadko robi różnicę. Dziesiąte z rzędu robi ogromną, bo ludzie zaczynają Cię kojarzyć.
Targi to rynek. Wystawcy sprzedają, odwiedzający porównują. Największa gęstość dostawców na metr kwadratowy w całym roku i najgorsze miejsce na pogłębioną rozmowę, jeśli nie umówisz jej wcześniej.
Do tego dochodzą formaty mieszane: konferencja z częścią targową, warsztat wewnątrz konferencji, kolacja branżowa doklejona do dnia głównego. Sprawdź w agendzie, co realnie dominuje — bo to ona, a nie nazwa wydarzenia, decyduje, jak spędzisz ten dzień.
Zacznij od pytania, na które łatwo odpowiedzieć źle: po co jadę? „Żeby być na bieżąco" nie jest celem. Celem jest jedna z trzech rzeczy — konkretna wiedza, konkretni ludzie albo konkretna widoczność.
Jeśli jedziesz po wiedzę, czytaj agendę, nie listę nazwisk. Sprawdź, czy tematy są sformułowane jako problemy do rozwiązania, czy jako hasła. „Jak zbudowaliśmy proces X i co poszło nie tak" jest warte dnia. „Przyszłość branży w erze AI" zwykle nie.
Jeśli jedziesz po ludzi, sprawdź, kto przyjdzie, a nie kto wystąpi. Lista partnerów, profil poprzednich edycji, aktywność w wydarzeniu na LinkedInie — to lepsze źródła niż opis marketingowy. Trzy nazwiska, z którymi chcesz porozmawiać, wystarczą, żeby uzasadnić wyjazd.
Jeśli jedziesz po widoczność, licz się z tym, że sama obecność jej nie daje. Widoczność daje wystąpienie, panel, prowadzenie warsztatu albo choćby dobre pytanie z sali. Bilet w kieszeni to dopiero warunek wstępny.
Sprawdź jeszcze dwie rzeczy, które ludzie pomijają: czy wydarzenie odbywa się cyklicznie i która to edycja. Pierwsza edycja bywa świetna, ale jest loterią. Dwudziesta druga oznacza, że organizator wie, co robi, i że społeczność wokół wydarzenia realnie istnieje.
Bilet jest najmniejszą częścią rachunku i dlatego tak łatwo się nim zasugerować. Prawdziwy koszt to dzień Twojej pracy, dojazd, czasem nocleg, a przy wyjeździe zespołu — wielokrotność tego wszystkiego.
Policz to raz, uczciwie, zanim zaczniesz się zastanawiać, czy bilet za dziewięćset złotych to dużo. Jeśli dzień poza biurem kosztuje Cię więcej niż wejściówka, pytanie o cenę biletu przestaje być najważniejsze — ważniejsze staje się, czy program uzasadnia oddanie całego dnia.
Przy wyjeździe zespołowym warto podzielić role. Trzy osoby na tej samej ścieżce to zmarnowany potencjał. Trzy osoby na trzech ścieżkach, z krótkim podsumowaniem następnego dnia, to gotowy przegląd rynku.
Wydarzenia bezpłatne rządzą się inną logiką. Nie płacisz biletem, płacisz uwagą — i dlatego darmowy meetup, na który chodzisz co miesiąc, potrafi zwrócić się lepiej niż płatna konferencja, na której byłeś raz i nie odezwałeś się do nikogo.
Większość osób przygotowuje się do konferencji w pociągu, przeglądając agendę. To za późno, żeby cokolwiek z niej wycisnąć poza wiedzą ze sceny.
Na tydzień przed zrób trzy rzeczy. Po pierwsze, wybierz maksymalnie trzy prelekcje, na których naprawdę chcesz być, i zaakceptuj, że reszty nie zobaczysz. Po drugie, wypisz nazwiska osób, z którymi chcesz zamienić kilka zdań. Po trzecie, napisz do nich — jedno zdanie na LinkedInie w stylu „będę, chętnie zamienię kilka słów o X" działa zaskakująco dobrze, bo prawie nikt tego nie robi.
Na miejscu obowiązuje zasada, którą trudno polubić: sale są mniej wartościowe niż korytarz. Jeśli musisz wybrać między czwartą prelekcją tego dnia a rozmową, która się właśnie zawiązała, wybierz rozmowę. Nagrania z sesji często pojawiają się później. Rozmowa nie.
Rób notatki tak, żeby dało się z nich później coś zrobić: nie „ciekawy case Y", tylko „zapytać Y o to, jak liczyli koszt kontaktu — mail w środę". Notatka bez czasownika jest wspomnieniem, nie zadaniem.
Jeśli jedziesz na wydarzenie po stronie wystawcy albo z celem sprzedażowym, to zupełnie inna dyscyplina — rozłożyłem ją w tekście o tym, jak zamienić udział w targach i konferencjach w leady.
Tu przepada większość wartości. Wracasz z dwudziestoma wizytówkami, w poniedziałek wchodzisz w bieżączkę i za trzy tygodnie żadna z nich nic Ci nie mówi.
Okno jest krótkie: dwadzieścia cztery do czterdziestu ośmiu godzin. W tym czasie rozmówca jeszcze pamięta, kim jesteś, i nie zdążył wrócić do swoich spraw. Wiadomość ma odnosić się do konkretu z rozmowy, nie do faktu, że się spotkaliście.
Podziel kontakty na trzy grupy jeszcze w drodze powrotnej. Te, z którymi chcesz umówić rozmowę — piszesz od razu i proponujesz termin. Te, które warto obserwować — zapraszasz do sieci z jednym zdaniem kontekstu. I resztę, do której po prostu nie wracasz, bo udawanie, że każdy kontakt jest wartościowy, kończy się tym, że żaden nie dostaje uwagi.
Osobno zapisz wnioski dla siebie: co z tego, co usłyszałeś, zmienia coś w Twojej pracy w ciągu najbliższego miesiąca. Jedna zmiana wdrożona jest warta więcej niż dwadzieścia stron notatek. Jeśli rozliczasz udział w wydarzeniach przed zarządem, przyda Ci się też tekst o tym, jak mierzyć sukces wydarzenia.
Poznań ma tę zaletę, że wszystko jest blisko. Da się w jeden wieczór wpaść na spotkanie po pracy i wrócić do domu bez planowania wyjazdu, co przy Warszawie bywa osobnym projektem logistycznym.
Duże konferencje i targi ciążą w stronę Międzynarodowych Targów Poznańskich — to naturalny adres dla wydarzeń z ekspozycją i kilkoma tysiącami uczestników. Konferencje branżowe i biznesowe rozkładają się między hotelami z zapleczem konferencyjnym, na czele z Sheratonem przy Bukowskiej, a wydarzenia naukowe i eksperckie ciągną w stronę uczelni, głównie Uniwersytetu Ekonomicznego.
Drugi obieg jest ciekawszy. Spotkania cykliczne — Czwartki Social Media, LinkedIn Local, branżowe śniadania i mniejsze meetupy — dzieją się w lokalach, food hallach i przestrzeniach coworkingowych. Tam poznaje się ludzi, z którymi potem realnie pracujesz.
Jeśli chcesz mieć te terminy z wyprzedzeniem, najprościej trzymać się dwóch źródeł: kalendarzy społeczności na LinkedInie i tego cyklu. Po to go prowadzę.
Rytm jest prosty. Co dwa tygodnie jedno zestawienie: raz Poznań, raz Warszawa. Zawsze na miesiąc do przodu, żeby dało się jeszcze kupić bilet i poukładać kalendarz.
Każda pozycja ma tu skrót i link do pełnego opisu wydarzenia. Skrót jest po to, żebyś w minutę zdecydował, czy Cię to dotyczy. Pełny opis — żebyś nie musiał szukać programu i biletów po pięciu stronach.
Jeśli organizujesz wydarzenie biznesowe w Poznaniu lub Warszawie i uważasz, że powinno tu być, napisz. Nie sprzedaję miejsc w tym zestawieniu i nie planuję zacząć — ale chętnie się dowiem o czymś, co przegapiłem.
Wrzesień w Poznaniu daje trzy różne opcje: dzień o strategii dla właścicieli i zarządów, trzy dni międzynarodowej konferencji o jakości i jeden wieczór z marketingową społecznością miasta. Nie trzeba być na wszystkich. Trzeba wiedzieć, po co jedzie się na tę jedną.
Projektuję doświadczenia biznesowe — a przy okazji jeżdżę, oglądam i oceniam cudze. Jeśli planujesz własne wydarzenie i chcesz, żeby ludzie wychodzili z niego z czymś więcej niż torbą gadżetów, odezwij się.
Z tych, które polecam: Strategy Summit Conference 9 września w Hotelu Sheraton, 22. Sympozjum IGWT od 9 do 11 września na Uniwersytecie Ekonomicznym oraz 68. Czwartek Social Media 17 września w Food Fyrtlu. Pełne opisy każdego z nich znajdziesz pod linkami w tekście.
Tak, i jest ich sporo. Spotkania cykliczne w rodzaju Czwartków Social Media czy LinkedIn Local są bezpłatne, wymagają tylko rejestracji, bo liczba miejsc jest ograniczona wielkością lokalu. Zapisy zwykle otwierają się na dwa–trzy tygodnie przed terminem i potrafią zniknąć w jeden dzień.
Jeśli potrzebujesz uporządkowanej wiedzy o temacie, którego nie znasz — konferencja. Jeśli potrzebujesz ludzi w swoim mieście i chcesz, żeby zaczęli Cię kojarzyć — meetup, ale nie jeden, tylko regularnie przez pół roku. Konferencja daje skok wiedzy, spotkania cykliczne dają sieć kontaktów.
Trzy źródła wystarczą: kalendarze społeczności branżowych na LinkedInie, portale z zapisami na spotkania oraz newslettery organizatorów cyklicznych wydarzeń. Reszta to poczta pantoflowa — dlatego regularne bywanie ma wartość samą w sobie: dowiadujesz się o rzeczach, których nie ma w żadnym kalendarzu.
Lepiej cztery przemyślane niż dwadzieścia przypadkowych. Praktyczny rozkład dla osoby pracującej w biznesie to jedna–dwie duże konferencje w roku plus jedno spotkanie cykliczne w miesiącu. Sufitem nie jest budżet, tylko liczba follow-upów, które realnie jesteś w stanie obsłużyć.
Warto, jeśli program jest unikalny albo jeśli jedziesz po konkretne osoby, których nie spotkasz lokalnie. Nie warto, jeśli podobny temat wraca u Ciebie w mieście za kwartał — wtedy dojazd i nocleg kupują Ci głównie zmęczenie.
Przynieś nie prośbę, a plan: trzy prelekcje, które Cię interesują, trzy osoby, z którymi chcesz porozmawiać, i format podsumowania dla zespołu po powrocie. Argument „chcę się rozwijać" przegrywa z argumentem „przywiozę przegląd tego, jak konkurencja rozwiązuje problem X".
Naładowany telefon, powerbank i coś do notowania — najlepiej takiego, które trafia potem do CRM-u albo notatnika, z którego korzystasz na co dzień. Wizytówki są dziś opcjonalne, ale gotowa, krótka odpowiedź na pytanie „czym się zajmujesz" jest obowiązkowa.
Co dwa tygodnie, na zmianę Poznań i Warszawa, zawsze z wyprzedzeniem pozwalającym kupić bilet. Wersja skrócona trafia też na moje social media.
Możesz i chętnie o nim usłyszę. Nie ma płatnych miejsc w tej liście — decyduje to, czy wydarzenie ma jasno określonego odbiorcę, program z konkretem i przestrzeń na rozmowę. Zgłoszenie najlepiej wysłać przynajmniej miesiąc przed terminem.

Z tego artykułu dowiesz się: dlaczego pierwsze trzydzieści dni decyduje o retencji mocniej niż cała rekrutacja, czym różni się standardowy onboarding od zaprojektowanego doświadczenia, jak wygląda harmonogram pierwszego miesiąca, kiedy warto zrobić wydarzenie wdrożeniowe i co mierzyć po dziewięćdziesięciu dniach.
W skrócie: onboarding nowego pracownika przestaje działać w momencie, w którym sprowadza się do szkolenia BHP, haseł do systemów i obiadu z zespołem. Człowiek, który przez pierwszy miesiąc nie dostał roli, nie poznał nikogo spoza własnego działu i nie zobaczył firmy od środka, zostaje w niej z rozpędu, nie z decyzji. Zaprojektuj pierwsze trzydzieści dni tak, jak projektujesz wydarzenie: z celem, rólą uczestnika i pomiarem.
Rekrutacja trwała sześć tygodni, kosztowała kilkanaście tysięcy złotych i zaangażowała cztery osoby. Nowy pracownik przychodzi w poniedziałek, dostaje laptopa, hasła do trzech systemów i teczkę z regulaminem. W środę je obiad z zespołem. W piątek nikt już nie pamięta, że jest nowy.
Trzy miesiące później składa wypowiedzenie, a firma wraca do punktu wyjścia i płaci za rekrutację drugi raz. Rozpisałem tę matematykę w tekście o tym, ile realnie kosztuje rotacja. Tutaj zajmę się momentem, w którym da się jej zapobiec najtańszym kosztem.
Bo w tym okresie człowiek weryfikuje wszystko, co usłyszał na rozmowie. Każda obietnica z ogłoszenia i każde zdanie o kulturze organizacji zostaje sprawdzone na własnej skórze w ciągu kilku tygodni.
Nowa osoba jest w tym czasie wyjątkowo uważna. Zauważa rzeczy, których reszta zespołu przestała widzieć lata temu: że nikt nie wita się na korytarzu, że spotkania zaczynają się kwadrans po czasie, że przełożony mówi o współpracy i jednocześnie nie odpowiada na wiadomości. Po trzydziestu dniach ta uważność znika i człowiek adaptuje się do tego, co zastał. Albo zaczyna rozglądać się dalej.
Z perspektywy firmy to jedyny moment, w którym stosunkowo małym wysiłkiem buduje się przywiązanie. Później robi się to samo za wielokrotnie większe pieniądze, w formie podwyżek i programów retencyjnych.
Typowy proces składa się z trzech elementów: szkolenie BHP, dostępy do systemów, obiad albo kawa z zespołem. To nie jest zły zestaw. To jest zestaw obsługowy, który załatwia formalności i nie załatwia niczego poza nimi.
W większości firm onboarding jest procesem HR, który kończy się na liście zadań do odhaczenia. Wystarczy potraktować go jak doświadczenie z zaplanowanym przebiegiem, żeby przestał być formalnością.
Zasada jest ta sama co przy wydarzeniu: liczy się, co uczestnik robi, a nie co mu się opowiada. Poniżej rozkład na cztery tygodnie, który sprawdza się niezależnie od wielkości firmy.
To pytanie o zaskoczenia jest najtańszym źródłem wiedzy o własnej organizacji, jakie masz. Po pół roku ta sama osoba już go nie odpowie, bo przestanie widzieć.
Przy pojedynczych rekrutacjach wystarczy dobrze ułożony miesiąc. Wydarzenie ma sens w trzech sytuacjach: gdy firma zatrudnia większą grupę naraz, gdy przejmuje inną organizację i trzeba zszyć dwie załogi, oraz gdy nowi ludzie są rozproszeni po lokalizacjach i inaczej nigdy się nie spotkają.
Format nie musi być kosztowny. Jeden dzień, w którym nowe osoby wspólnie rozwiązują realne zadanie z życia firmy i kończą prezentacją przed zarządem, robi więcej niż tydzień prezentacji o historii marki. Warunek jest jeden i ten sam co przy każdym wydarzeniu: większość uczestników ma mieć rolę, nie miejsce na widowni. Rozpisałem tę zasadę przy okazji doboru atrakcji na spotkania firmowe.
Uczciwie: wydarzenie wdrożeniowe nie naprawi złego onboardingu. Jeżeli po nim człowiek wraca do biurka, przy którym nikt na niego nie czeka, jeden dzień nic nie zmieni.
Ankieta „czy jesteś zadowolony z onboardingu" mierzy grzeczność nowej osoby. Potrzebujesz danych o zachowaniach i o czasie.
Metodykę zbierania takich danych opisałem osobno w tekście o ewaluacji wydarzeń firmowych — mechanizm jest ten sam, zmienia się tylko przedmiot pomiaru.
Onboarding jest najtańszym momentem, w którym firma może zatrzymać człowieka, którego właśnie kosztownie zrekrutowała. Wystarczy potraktować pierwsze trzydzieści dni jak zaprojektowane doświadczenie: z rolą od pierwszego dnia, kontaktem poza własnym działem, widokiem firmy od środka i jedną osobą odpowiedzialną z imienia.
Część intensywna około miesiąca, pełne wdrożenie do samodzielności od trzech do sześciu miesięcy, zależnie od stanowiska. Błędem jest zamykanie procesu po tygodniu formalności i uznawanie, że reszta ułoży się sama.
Jedna osoba z imienia i nazwiska, najlepiej z zespołu, do którego trafia nowy pracownik, a nie dział kadr jako instytucja. Kadry odpowiadają za proces i dokumenty, opiekun za to, żeby człowiek miał do kogo pójść z pytaniem, które wydaje mu się głupie.
Może, ale wymaga więcej zaplanowanych spotkań. W biurze część kontaktów powstaje przypadkiem, przy kawie i na korytarzu. Zdalnie nie powstaje nic, czego ktoś wcześniej nie umówił, więc rozmowy z osobami spoza zespołu trzeba wpisać do kalendarza.
Skrócić program, nie rezygnować z niego. Nawet w szczycie sezonu da się zapewnić jedno zadanie z widocznym efektem, jedno spotkanie poza działem i jedną wizytę tam, gdzie powstaje produkt. Resztę przenieś, ale ustal termin.
Wspólna część poznawcza i osobne ścieżki stanowiskowe. Grupa daje efekt uboczny, którego nie ma przy pojedynczym wdrożeniu: nowi ludzie tworzą własną sieć wsparcia i część pytań zadają sobie nawzajem, zamiast czekać na opiekuna.
Warto i prawie nikt tego nie robi. Człowiek, który po awansie zarządza wczorajszymi kolegami, potrzebuje wsparcia w nowej roli bardziej niż osoba z zewnątrz potrzebuje haseł do systemów.
Chcesz, żeby pierwsze trzydzieści dni w Twojej firmie miało scenariusz, a nie listę zadań do odhaczenia? Umów konsultację: przejdziemy przez obecny proces i zaprojektujemy wdrożenie jako doświadczenie. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Z tego artykułu dowiesz się: kiedy rezerwować termin w Poznaniu, żeby mieć wybór, jakie dzielnice i typy obiektów sprawdzają się przy jakiej wielkości zespołu, ile kosztuje spotkanie w przeliczeniu na osobę, jak rozwiązać dojazdy i powroty oraz o co zapytać lokal, zanim podpiszesz umowę.
W skrócie: wigilia firmowa w Poznaniu rządzi się tą samą logiką co w każdym dużym mieście: około 90% spotkań przypada na grudzień, a wszyscy celują w te same trzy piątki. Rezerwuj we wrześniu, dobierz obiekt do wielkości zespołu i sposobu dojazdu, a budżet licz od ceny końcowej przy realnej frekwencji, nie od stawki katalogowej za osobę.
Poznaję tę rozmowę po pierwszym zdaniu: „szukamy czegoś w centrum, dla czterdziestu osób, na drugi albo trzeci piątek grudnia". Dzwoniąc w listopadzie, usłyszysz to samo w pięciu miejscach: wolny jest wtorek albo poniedziałek przed świętami.
Pracuję z Poznania i większość wigilii firmowych, przy których byłem, odbywała się w promieniu kilkunastu kilometrów stąd. Ten tekst jest o specyfice tego miasta. Ogólną metodykę, czyli pięć kroków od celu do pomiaru, rozpisałem w poradniku organizacji wigilii firmowej.
Realnie: wrzesień, najpóźniej pierwsza połowa października. W listopadzie nie wybierasz już miejsca, tylko bierzesz to, co zostało.
Presja jest w Poznaniu większa niż w mniejszych miastach z jednego powodu: duża liczba firm z sektora usług wspólnych, IT i produkcji, które mają podobne kalendarze i podobne oczekiwania wobec obiektów. Do tego dochodzi grudniowa Betlejem Poznańskie i ruch weekendowy w centrum, który wpływa na dojazdy i parkowanie.
Nie podaję listy konkretnych lokali, bo oferta zmienia się co sezon, a rekomendacja bez znajomości zespołu jest wróżeniem. Podaję kategorie i to, do czego pasują.
W Poznaniu warto patrzeć na oś dojazdu, nie na adres. Zespół rozproszony po aglomeracji, z ludźmi z Lubonia, Swarzędza i Tarnowa Podgórnego, ma zupełnie inne potrzeby niż czterdziestoosobowe biuro przy Starym Rynku.
Według danych Briefly za 2023 rok firmy w Poznaniu wydawały na świąteczne wydarzenie około 8–9 tysięcy złotych przy średniej wielkości spotkania w skali kraju rzędu czterdziestu kilku uczestników. Średnia krajowa w tym samym badaniu wyniosła 214 zł od osoby.
Przełożone na typowe pytanie: czterdzieści osób i budżet ośmiu tysięcy to okolice dwustu złotych na uczestnika. Wystarczy na kolację z podstawową oprawą w przyzwoitym miejscu. Nie wystarczy na to samo plus prezenty, transport i program.
Pełną strukturę budżetu, z rezerwą i podziałem na kategorie, rozpisałem w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej.
To jest w Poznaniu punkt, który decyduje o frekwencji mocniej niż menu. Część zespołu dojedzie tramwajem, część przyjedzie samochodem z powiatu, a część pracuje na zmiany i skończy o czternastej albo o dwudziestej drugiej.
Jeżeli w firmie są osoby pracujące zmianowo, jedno spotkanie o jednej porze zawsze kogoś wyklucza. Rozwiązaniem bywa druga, mniejsza odsłona albo śniadanie wigilijne na hali.
Lista jest krótka i większość problemów bierze się z pominięcia któregoś punktu.
Ostatni punkt stał się standardem po latach 2020–2021 i większość obiektów ma dziś elastyczne zapisy. Warto je mieć na piśmie, nie w mailu od handlowca.
Organizacja wigilii firmowej w Poznaniu sprowadza się do trzech decyzji podjętych wcześnie: termin poza szczytem, obiekt dopasowany do tego, jak zespół dojedzie, i budżet liczony od ceny końcowej. Reszta, łącznie z programem, ustawia się wokół tych trzech.
Formalnie do ostatniej chwili, praktycznie dobre terminy w atrakcyjnych obiektach znikają do połowy października. Jeżeli szukasz w listopadzie, rozszerz kryteria: rozważ czwartek, pierwszy tydzień grudnia albo obiekt poza ścisłym centrum.
Przy stawce zbliżonej do średniej krajowej z 2023 roku, czyli około 214 zł od osoby, to okolice 10–11 tysięcy złotych za samo spotkanie z oprawą. Do tego dochodzą prezenty i transport, które łatwo dokładają kolejne kilka tysięcy. Konkretną wycenę zawsze licz od ceny końcowej przy zakładanej frekwencji.
Zależy od tego, jak zespół dojedzie i wróci. Centrum wygrywa przy zespołach biurowych korzystających z komunikacji. Obiekt pod miastem bywa tańszy i wygodniejszy przy firmach produkcyjnych z parkingiem i dojeżdżającą załogą, pod warunkiem zapewnienia powrotów.
Albo dwie mniejsze odsłony w różnych porach, albo format dzienny na terenie zakładu, do którego może dołączyć każda zmiana. Jedno wieczorne spotkanie zawsze wyklucza część załogi, a to właśnie ta część zwykle rzadziej bywa doceniana.
Przy spotkaniach powyżej stu osób zwykle tak, bo ktoś musi utrzymać rytm wieczoru i zamknąć część oficjalną w dwudziestu minutach. Przy kameralnej kolacji dla trzydziestu osób prowadzący bywa sztuczny i lepiej działa dobrze przygotowane wystąpienie zarządu.
Wyślij paczkę z wyprzedzeniem i zaplanuj jeden wspólny moment o stałej godzinie zamiast transmisji całego wieczoru. Alternatywnie zorganizuj spotkanie w porze dziennej, która pozwala dojeżdżającym wrócić tego samego dnia.
Organizujesz spotkanie świąteczne dla firmy w Poznaniu i chcesz mieć pewność, że termin, obiekt i program do siebie pasują? Napisz, dla ilu osób i w jakim terminie planujesz, a powiem, co jest realne przy Twoim budżecie. Pracuję z firmami z Poznania i z całej Polski. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Z tego artykułu dowiesz się: po co robić SWOT przed decyzją o wydarzeniu, jak wypełnić cztery pola, żeby nie wyszła z tego ładna tabelka bez wniosków, jak zamienić analizę w konkretne działania przy pomocy macierzy TOWS, jak wygląda to na przykładzie i co mierzyć później.
W skrócie: analiza SWOT ma sens przy evencie tylko wtedy, gdy kończy się decyzją. Cztery pola wypełnia się konkretami, nie przymiotnikami, a potem zestawia parami: mocna strona plus szansa daje kierunek działania, słaba strona plus zagrożenie daje listę rzeczy do zabezpieczenia. Bez tego drugiego kroku SWOT jest ćwiczeniem z opisywania rzeczywistości.
Poniedziałek, sala konferencyjna, rozmowa o budżecie marketingowym na przyszły rok. Ktoś rzuca: „a może zróbmy SWOT". Połowa sali wzdycha, bo pamięta to ze studiów, druga połowa notuje, bo brzmi profesjonalnie. Po godzinie na flipcharcie wiszą cztery pola wypełnione ogólnikami: „doświadczony zespół", „ograniczony budżet", „rosnący rynek", „konkurencja".
Taka tabelka nie pomaga podjąć żadnej decyzji. A przy wydarzeniach decyzji jest sporo i kosztują konkretne pieniądze.
Bo event to zwykle najdroższy pojedynczy wydatek w budżecie marketingowym i jednocześnie ten, który najtrudniej rozliczyć. Skala rynku, na którym podejmujesz tę decyzję, jest niemała: według raportu „Poland Events Impact 2023" przygotowanego przez zespół pod kierunkiem Celuch Consulting wartość dodana brutto wypracowana przez przemysł spotkań w Polsce przekroczyła 22,9 mld zł, całkowity wkład branży w gospodarkę wyniósł ponad 54,6 mld zł, a wydarzenia dały około 215 tysięcy miejsc pracy. W ponad 29 tysiącach wydarzeń wzięło udział ponad 18 milionów osób.
Dwie uwagi do tych liczb, bo często krążą przekręcone. To wartość dodana brutto, a nie przychody branży ani kwota wydana przez uczestników. I dotyczą 2023 roku, więc są punktem odniesienia, nie zdjęciem dzisiejszego rynku.
SWOT nie jest wróżbą z fusów ani ćwiczeniem na integrację zespołu. Jest szybkim sposobem na sprawdzenie, czy w ogóle powinniście robić to wydarzenie, a jeżeli tak, to na czym je oprzeć.
Metoda wywodzi się z prac nad planowaniem strategicznym prowadzonych w latach sześćdziesiątych, najczęściej wiązanych ze środowiskiem Stanford Research Institute i nazwiskiem Alberta Humphreya. Autorstwo bywa kwestionowane i różne źródła podają różne wersje, więc traktuj to jako tło, a nie jako fakt do cytowania w prezentacji.
Ważniejsza od genezy jest logika podziału. Mocne i słabe strony dotyczą tego, na co masz wpływ. Szanse i zagrożenia — tego, na co wpływu nie masz. To rozróżnienie jest całą wartością narzędzia i jednocześnie miejscem, w którym większość zespołów się myli, wpisując „brak budżetu" w zagrożenia zamiast w słabe strony.
Zasada jest jedna: każdy wpis musi być na tyle konkretny, żeby dawało się z niego wyprowadzić działanie. „Doświadczony zespół" nie spełnia tego warunku. „Dział R&D, który potrafi prowadzić warsztaty dla klientów" — tak.
Praktyczna wskazówka: wypełniajcie pola osobno, a dopiero potem zestawiajcie listy. Wspólne wypełnianie tabelki na ścianie kończy się tym, że najgłośniejsza osoba dyktuje cztery pola, a reszta potakuje. Ten sam mechanizm, który psuje klasyczną burzę mózgów, psuje też warsztat strategiczny.
Weźmy hipotetyczną firmę produkującą biodegradowalne opakowania, która rozważa oparcie marketingu na wydarzeniach. Przykład jest zmyślony, ale ułożony tak, jak wyglądają realne analizy z moich projektów.
To jest krok, który decyduje o tym, czy analiza miała sens. Zestawiasz pola parami i z każdej pary wyprowadzasz działanie.
Ostatnia kombinacja jest najcenniejsza i najrzadziej używana. SWOT bywa traktowany jako narzędzie do uzasadniania decyzji już podjętej, a jego prawdziwa wartość polega na tym, że pozwala się z czegoś wycofać, zanim pojawią się faktury.
Analiza zbudowana na wrażeniach daje wnioski oparte na wrażeniach. Jeżeli chcesz, żeby kolejna wersja miała wartość, wpisz do niej dane z poprzedniego wydarzenia.
Sposób zbierania tych danych rozpisałem osobno w tekście o ewaluacji eventu firmowego, a logikę przekładania wydarzenia na sprzedaż w tekście o tym, jak przygotować udział w targach, który przyniesie leady.
SWOT jest dobrym narzędziem i kiepskim rytuałem. Różnica polega na jednym kroku: czy po wypełnieniu czterech pól zestawiasz je parami i wyprowadzasz decyzje, czy zostawiasz ładną tabelkę w prezentacji.
Od dwóch do trzech godzin przy jednym wydarzeniu, licząc pracę indywidualną i wspólne omówienie. Jeżeli trwa dłużej, zwykle znaczy to, że zespół dyskutuje o strategii firmy, a nie o konkretnej decyzji.
Marketing, sprzedaż i osoba odpowiedzialna za budżet, a przy wydarzeniach wewnętrznych także HR. Sprzedaż wnosi wiedzę o realnych obiekcjach klientów, której marketing zwykle nie ma z pierwszej ręki.
SWOT opisuje sytuację, TOWS wyprowadza z niej działania przez zestawienie pól parami. W praktyce są to dwa etapy tego samego ćwiczenia i pominięcie drugiego jest najczęstszym błędem.
Przy cyklicznych wydarzeniach raz do roku, po zebraniu danych z ostatniej edycji. Przy rynku zmieniającym się szybko, na przykład przy zmianach regulacyjnych w branży klienta, częściej.
Przy spotkaniu dla dwudziestu osób pełna analiza bywa przerostem formy. Wystarczą dwa pytania: co mamy, czego inni nie mają, i co może sprawić, że to nie zadziała. To ten sam mechanizm w wersji minimalnej.
Ogólniki. „Dobry zespół", „konkurencja", „rosnący rynek" nie prowadzą do żadnej decyzji. Drugi błąd to mieszanie czynników wewnętrznych z zewnętrznymi, które rozmywa cały sens podziału.
Masz decyzję o wydarzeniu do podjęcia i chcesz przejść przez nią z kimś z zewnątrz, kto nie ma interesu w żadnym z wariantów? Umów konsultację: wypełnimy cztery pola konkretami i wyprowadzimy z nich decyzję. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.
Nie wiesz od czego zacząć?
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.