Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Zadaję je od 12 lat i okazuje się, że marketing B2B wielu firm jest prowadzony ,,na czuja”, bez danych, strategii i oczywiście... bez efektu.
Pomogę Ci poukładać procesy, rozwinąć zespół, stworzyć odważne kampanie oraz eventy, które nie tylko wyróżnią Twoją firmę, ale także zbudują długotrwałe relacje z klientami.

Masz konkretny problem, który chcesz rozwiązać lub potrzebujesz indywidualnego doradztwa? Spotkajmy się jeden na jeden.
Możemy omówić następujące obszary:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
250 zł netto / 60 min
850 zł netto / pakiet 4x60 min
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Twój zespół potrzebuje nowych kompetencji? Praktyczne warsztaty, które rozwiną ich umiejętności, dopasowane do potrzeb Waszej firmy.
Szkolenia dostosowane do potrzeb:
· Zespół 3-8 os
· Online / offline
· Interaktywne ćwiczenia
· Case studies i przykłady
· Gotowe narzędzia do wdrożenia
Cena:
3000 zł netto / dzień szkoleniowy
Chcesz zorganizować wydarzenie, które zrealizuje Twoje cele biznesowe? Pomogę zaplanować i zrealizować Wasz event.
Co możemy wypracować:
Po spotkaniu otrzymasz podsumowanie.
Cena:
wycena indywidualna
Potrzebujesz dynamicznego i merytorycznego prelegenta na swoje wydarzenie?
Zapraszam do współpracy:
· Prelekcje i panele eksperckie
· Moderacja dyskusji i debat
· Warsztaty i szkolenia podczas konferencji
· Prowadzenie wydarzeń jako konferansjer lub host
Dodatkowo: pomogę w stworzeniu scenariusza scenicznego
czy przygotowaniu zespołu do wystąpienia na scenie.
Cena:
2000–3000 zł netto







Mam coś dla Ciebie!
Książka zawiera wszystko, czego sam szukałem zaczynając pracę w branży eventowej. Sprawdzone procesy, narzędzia
i wskazówki, które oszczędzą Ci nauki na własnych błędach.
Pokaże Ci, jak krok po kroku, stać się skutecznym event managerem.
Przegląd najciekawszych wydarzeń branżowych - konferencje, szkolenia
i warsztaty, na których trzeba być! Zobacz, gdzie możesz posłuchać o marketingu B2B, zaczerpnąć inspiracji do swoich działań i networkingować.

Dziewiąta edycja Nocy Zawodowców: 2 października 2026, hala Olimpia w Kaliszu, wstęp wolny

Sprawdź trendy i praktyki eventowe, które zdominują 2025 rok.

Forum o wdrożeniach AI w firmie, Warszawa, 23 i 24 listopada 2026
Dzielę się praktyczną wiedzą – zupełnie za darmo!
Konkretna wiedza z marketingu B2B i event marketingu.
Bez lania wody, za to z instrukcją "jak to zrobić".
Bo teoria bez praktyki jest bezużyteczna.

Najważniejsze tezy: trema nie jest cechą charakteru i nie znika z liczbą wystąpień, zmienia się tylko to, co z nią robisz w tygodniu przed wejściem na scenę. Największą różnicę widać między osobą, która przygotowała strukturę, a osobą, która przygotowała tekst.
Za kulisami, kilka minut przed startem, powtarza się ten sam zestaw zachowań. Ktoś chodzi tam i z powrotem po dwumetrowym odcinku między skrzynią a kotarą. Ktoś inny trzeci raz pyta realizatora o mikrofon, choć mikrofon był sprawdzony na próbie. Ktoś stoi nieruchomo, wygląda na najspokojniejszą osobę w budynku, a potem wychodzi i pierwsze zdanie mówi o pół tonu wyżej niż w rozmowie sprzed minuty. Oglądam ten moment z bliska od lat, z boku sceny i z jej środka, i do dziś nie spotkałem prelegenta, u którego przed wejściem nic się nie działo.
Dlatego kiedy słyszę, że trema to kwestia charakteru, mam czym się nie zgodzić. Najmocniejszy argument pochodzi z czeskiego uniwersytetu i z ankiety, którą dwoje badaczy rozesłało do trzydziestu dwóch tysięcy osób.
Tomáš Lintner i Boglárka Belovecová z Katedry Nauk o Edukacji Uniwersytetu Masaryka w Brnie chcieli sprawdzić rzecz pozornie prostą: kto na uczelni boi się mówić publicznie i czy da się to przewidzieć. Zamiast wybrać jeden wydział i jedną grupę, puścili zaproszenie do całej populacji studentów uczelni, 32 335 osób. Zbieranie danych trwało dwa tygodnie, od 3 do 17 listopada 2022 roku. Odpowiedziało 1745 osób.
Narzędziem była skrócona wersja PRCS, kwestionariusza Personal Report of Confidence as a Speaker, który w psychologii mierzy lęk przed wystąpieniami od lat sześćdziesiątych. To nie jest test wiedzy ani ocena umiejętności. To seria stwierdzeń o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy ma mówić do sali: czy puls przyspiesza, czy myśli się rozsypują, czy po wszystkim zostaje ulga, czy wstyd. Student zaznacza, w jakim stopniu się z nimi zgadza. Trudność takiego badania polega na tym, że pyta się ludzi o rzecz, do której w życiorysie zawodowym nikt nie chce się przyznawać.
Analiza regresji dała wynik, który warto zapamiętać przed własnym wejściem na scenę. Trzy rzeczy przewidywały poziom lęku: płeć, typ ukończonej szkoły średniej i poziom studiów. Trzy inne nie przewidywały go wcale: wiek, narodowość i kierunek studiów. Wyżej na skali plasowały się kobiety i osoby niebinarne, absolwenci liceów ogólnokształcących oraz studenci studiów licencjackich. Praca ukazała się w czasopiśmie Current Psychology w czerwcu 2024 roku.
Brak związku z kierunkiem studiów oznacza, że lęk przed mówieniem nie jest cechą ludzi „nietechnicznych” ani „niesprzedażowych”. Brak związku z wiekiem oznacza, że nie wyrasta się z niego samoczynnie przez kolejne lata. Niższe wyniki studentów wyższych poziomów studiów sugerują raczej ekspozycję niż dojrzałość: ktoś, kto przez kilka lat regularnie stawał przed grupą, ma inne wyniki niż ktoś, kto zaczyna.
Polskiego badania z liczbami na ten temat, opublikowanego w ostatnich trzech latach, nie znalazłem. Dlatego dalej opieram się na obserwacji z pracy z prelegentami i z własnych wejść na scenę, i oznaczam to wprost, żeby nikt nie wziął mojego zdania za wynik badania.
Pracuję z osobami, które wychodzą przed salę jako eksperci swojej firmy, i z zespołami, które przygotowują ich wystąpienia. W tych rozmowach powtarza się jedno zdanie: „inni tego tak nie przeżywają”. Dane z Brna są o tyle wygodne, że pozwalają odpowiedzieć konkretem. Osoba, która stoi obok ciebie za kulisami i wygląda na spokojną, z dużym prawdopodobieństwem ma podniesiony puls i po prostu nauczyła się tego nie pokazywać.
Z mojej perspektywy problem zaczyna się w miejscu, w którym prelegent uznaje własne napięcie za dowód braku kompetencji. Wtedy zaczyna je maskować: mówi szybciej, żeby skrócić ekspozycję, albo czyta ze slajdu, żeby nie zgubić wątku. Obie reakcje widać z sali od razu, a żadna nie obniża napięcia. Przygotowanie daje więcej niż próba opanowania się siłą woli, bo zmienia zadanie z „nie zdradzić się” na „poprowadzić ludzi przez trzy bloki”.
Druga liczba, do której wracam, przyjechała z zupełnie innej strony. W styczniu 2026 roku, na Forum Branży Eventowej w warszawskim Expo XXI, redakcja MeetingPlanner.pl pokazała piątą edycję raportu „Event marketing 2025/2026. Wielopokoleniowość uczestników wydarzeń”. Badanie zrealizował instytut IQS, a nad całością pracował zespół z udziałem ośmiu agencji eventowych, między innymi Allegro Brand Experience Agency, El Padre, KDK Events, Live Age i Plej. Tematem przewodnim nie była scena, a to, że na jednym wydarzeniu spotykają się dziś cztery pokolenia.
Liczby z tego raportu układają się w prosty obraz. Wielopokoleniowość jest ważna przy organizacji eventów wewnętrznych dla 63 procent firm i przy zewnętrznych dla 57 procent. Siedemdziesiąt procent personalizuje elementy wydarzenia pod kątem wieku uczestników. Jednocześnie 28 procent firm deklaruje różnice w oczekiwaniach uczestników między pokoleniami, a 24 procent różnice w samym sposobie uczestniczenia.
Ostatnie dwie liczby dotyczą prelegenta bardziej niż organizatora. Sposób uczestniczenia to decyzja, czy ktoś kiwa głową, notuje, patrzy w telefon, czy siedzi z rękami złożonymi i twarzą bez wyrazu. Przy czterech pokoleniach na widowni te reakcje nie będą jednolite i nie powinny być. Ze sceny wygląda to jak porażka, bo oko wyszukuje najpierw twarze bez reakcji.
Kiedy prowadzę konferencję, widzę salę z perspektywy, której prelegent nie ma. Widzę, że ta sama osoba, która przez dwadzieścia minut siedziała bez ruchu i nie uśmiechnęła się ani razu, po zejściu mówcy ze sceny idzie prosto do niego z pytaniem. Widzę też, że telefony wychodzą falami, w tych samych momentach bloku, niezależnie od tego, kto akurat mówi.
To jest obserwacja, nie wynik badania, ale zdjęła mi z głowy sporo napięcia i zwykle zdejmuje je prelegentom, z którymi pracuję. Spadek widocznego zainteresowania w dziesiątej minucie rzadko jest oceną treści, częściej końcem naturalnego cyklu uwagi. Liczy się wtedy rytm, przerwa i zmiana formy. Dorzucanie treści tylko pogarsza sprawę. Rozpisałem to szerzej w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji.
Najczęstszy odruch przed wystąpieniem brzmi: napiszę sobie całość i wykuję. Problem pojawia się w szóstym zdaniu, kiedy wypada jedno słowo. Pamięć dosłowna działa jak łańcuch, więc gubiąc ogniwo, tracisz dostęp do kolejnych. Wtedy na scenie dzieje się rzecz najgorsza z możliwych: zamiast myśleć o treści, szukasz w głowie konkretnego wyrazu, a sala to widzi.
Działa odwrotna kolejność. Zapisujesz strukturę zamiast tekstu: trzy do pięciu bloków, każdy z własną tezą i jednym przykładem. Zdania układasz na scenie. Brzmi mniej bezpiecznie i jest dużo bezpieczniejsze, bo gubiąc słowo, nie gubisz myśli. O tym, jak taką strukturę zbudować, napisałem osobno w tekście o wystąpieniu otwierającym konferencję.
Sam przez lata sprawdzałem obie drogi i mam w tej sprawie zdanie bez wahania. Przy wykutym tekście pierwsza pomyłka kosztuje całe wystąpienie, bo odbiera pewność na następne dziesięć minut. Przy strukturze pomyłki w zasadzie nie ma: zdanie można powiedzieć inaczej i nikt poza tobą nie wie, że miało brzmieć inaczej.
Napięcie jest najwyższe w pierwszych chwilach i spada, kiedy usłyszysz własny głos w sali. Dlatego jedyny fragment, który opłaca się mieć gotowy słowo w słowo, to otwarcie. Trzy, maksymalnie cztery zdania, przećwiczone na głos tyle razy, żeby wychodziły bez myślenia.
Z mojej praktyki na warsztatach scenicznych wynika dodatkowa korzyść. Osoba, która wie, jak zacznie, przestaje zajmować się pytaniem „czy mi się uda”, bo ma konkretne zadanie na najbliższą minutę. Reszta wystąpienia idzie wtedy z własnego rytmu, a ja ze swojego miejsca obok sceny widzę, że ramiona opadają już po drugim zdaniu.
Trema działa w ciele, więc tam się nią zarządza. Cztery rzeczy, które da się ustawić przed wejściem i w trakcie.
Pauzy uczyłem się najdłużej i nadal muszę o niej pamiętać świadomie. Przy mikrofonie w ręku dwie sekundy ciszy wydają się dziesięcioma, więc odruch każe je zapełnić słowem. Pomogło mi liczenie w głowie do dwóch po zdaniu, które ma zostać w sali. Wygląda to na drobiazg, a jest różnicą między zdaniem usłyszanym a zdaniem zapamiętanym.
Nagraj się telefonem przez trzy minuty, mówiąc swój blok. Potem to obejrzyj. Jest to niewygodne i w tym tkwi sens: po raz pierwszy widzisz to, co widzi sala. To, co czujesz w środku, na nagraniu prawie nie istnieje. Zwykle wychodzą trzy rzeczy: za szybkie tempo, ręce, które nie wiedzą, gdzie być, i zdania bez końca.
Na warsztatach to ćwiczenie budzi największy opór i daje największy skok. Ludzie najpierw proszą, żeby nie nagrywać, potem oglądają nagranie z grymasem, a po drugim podejściu mówią wolniej bez przypominania. Żadna moja uwaga z boku sali nie działa tak szybko jak trzy minuty własnego obrazu. Dlatego przy przygotowaniu prelegentów stawiam na to ćwiczenie przed wszystkimi innymi.
Tremy nie zapowiadaj ze sceny. Zdanie „trochę się stresuję” przenosi uwagę z tematu na ciebie i zmusza salę do oceniania twojego stanu. Alkohol przed wejściem obniża kontrolę nad tempem, a napięcia nie rusza. Próby technicznej nie zostawiaj na ostatnie minuty, bo nieznany mikrofon i nieznane odsłuchy podbijają napięcie bardziej niż sama publiczność.
I jedna rzecz z drugiej strony. Trema całkowicie zgaszona odbiera energię. Osoby, które mówią ze sceny obojętnie, są poprawne i zapominane. Celem jest napięcie, którym da się pracować. Zero napięcia to zły cel. Po kilkuset wydarzeniach poprowadzonych ze sceny wiem, że najmocniejsze wejścia miałem wtedy, gdy puls był podniesiony, a plan na pierwsze pół minuty gotowy.
Zapisz strukturę w pięciu punktach, napisz otwarcie słowo w słowo, nagraj trzy minuty telefonem i obejrzyj. Cztery godziny pracy, rozłożone na tydzień, zmieniają więcej od miesiąca czytania o technikach. Gdy w twojej firmie przed scenę wychodzą eksperci, przećwicz to z nimi wcześniej, zanim staną przed klientem: zakres takiego przygotowania opisałem w tekście o szkoleniu z wystąpień publicznych.
Masz wystąpienie w kalendarzu i chcesz je przegadać przed terminem? Umów rozmowę o wystąpieniu.

Z tekstu dowiesz się:
Co badanie 128 wystąpień z 2025 roku mówi o tym, jak szybko sala ocenia prelegenta, dlaczego agenda i slajd o sobie są najdroższym sposobem rozpoczęcia, cztery otwarcia, które zatrzymują salę, co mówić, gdy poprzedni prelegent przedłużył, i jak przygotować otwarcie, żeby nie brzmiało wyuczone.
Ostatnie trzydzieści sekund przed wejściem na scenę mam rozpisane od lat. Głęboki oddech, taki prawdziwy, nie na pokaz. Jeśli już widzę publiczność, patrzę ludziom w oczy. I uśmiecham się, bo nawet uśmiech wymuszony uruchamia w głowie sygnał „jest dobrze”, a sala widzi go, zanim powiem pierwsze słowo. Do tego hasło, które zamyka myślenie i otwiera działanie: „dobra, to jest telewizja, to jest show”. Kiedy wchodzę, jestem oswojony z salą i rozgrzany.
Robię to, bo pierwsze trzydzieści sekund wystąpienia zaczyna się, zanim otworzę usta. Sala ocenia, jak wchodzisz, jak stoisz i jak brzmi twoje pierwsze zdanie. Dopiero potem słucha, co mówisz. A po kilkudziesięciu sekundach większość ludzi wie już, czy zostaje z tobą, czy sięga po telefon.
Ralf Schmälzle z zespołem opisał w 2025 roku we „Frontiers in Communication” eksperyment na 128 krótkich wystąpieniach naukowych, trwających od ośmiu do dwunastu minut. Badacze sprawdzali, na ile fragment z początku wystąpienia pozwala przewidzieć ocenę całości. Z pierwszego zdania, około piętnastu słów, dało się przewidzieć niewiele. Z pierwszej dziesiątej części wystąpienia, czyli mniej więcej z pierwszej minuty, już całkiem dużo. I co najciekawsze, dalsza część niewiele do tej oceny dokładała. Popularną „zasadę siedmiu sekund” autorzy nazywają wprost anegdotą.
Trzeba uczciwie dodać ograniczenie: badanie analizowało transkrypcje, czyli same słowa, bez głosu i bez ruchu na scenie. Głos dokłada swoje. Mila Mileva i Nadine Lavan pokazały w 2023 roku, że słuchacze oceniają, czy ktoś brzmi na osobę godną zaufania i pewną siebie, po czterech dziesiątych sekundy nagrania. To krócej, niż trwa powiedzenie „dzień dobry”.
Ocena nie zapada w siedem sekund i nie jest nieodwracalna po pierwszym zdaniu. Ale kształtuje się szybko, w pierwszej minucie, i potem trudno ją zmienić. Masz więc mniej więcej minutę, żeby sala dostała powód do słuchania. Jeśli tę minutę zajmie agenda, podziękowania i slajd o tobie, reszta wystąpienia pracuje pod górkę.
Twoje wystąpienie ma konkurenta, o którym prelegenci zapominają: urządzenie w kieszeni każdego na sali, zaprojektowane po to, żeby przyklejać uwagę do ekranu. A ty wchodzisz z białym slajdem i mówisz: „na wstępie kilka słów o mnie”. Zanim skończysz ten slajd, połowa sali przewija krótkie filmy. Metaanaliza z 2024 roku, obejmująca dwadzieścia siedem eksperymentów, pokazuje, że rozpraszanie telefonem najmocniej obniża zapamiętywanie właśnie wykładu. Telefon, który wyszedł z kieszeni w pierwszej minucie, rzadko do niej wraca.
Pierwsze sekundy to kilka kroków od schodków do środka sceny. Słowa przychodzą później. Sala ocenia je szybciej, niż ci się wydaje. Kilka rzeczy, które da się ustawić bez żadnego kursu.
Rolę zapowiedzi i to, dlaczego przeczytana z internetu notka biograficzna nie działa, rozpisałem w tekście o konferansjerze na wydarzeniu firmowym.
Jedna sytuacja, dwa zdania, bez wstępu. Przykład, który podaję w swoim newsletterze, jest hipotetyczny: szef agencji zamiast klikać przez dwadzieścia pięć minut logotypy klientów wchodzi i mówi: „Nasz największy klient zadzwonił w piątek o siedemnastej i powiedział, że odchodzi do konkurencji. To był najlepszy telefon w tamtym roku”. Sala słucha, bo chce wiedzieć, co dalej, a ty dostajesz prawo do tezy, która z tej historii wynika.
Dane działają na otwarciu tylko wtedy, gdy burzą coś, w co sala wierzy. Liczba potwierdzająca oczywistość nie kupuje uwagi. Warunek: musisz podać, skąd pochodzi, bo pierwsze pytanie z sali będzie właśnie o to. Badanie, o którym piszę wyżej, samo nadaje się na takie otwarcie: „siedem sekund na pierwsze wrażenie to mit, ale minuta to już nie”.
Nie pytanie retoryczne i nie pytanie o podniesienie ręki w pierwszej minucie, kiedy ludzie jeszcze się nie rozkręcili. Pytanie, które każdy odnosi do własnej sytuacji: „ile kontraktów wyszło z waszej ostatniej konferencji”. Cisza po takim pytaniu pracuje na ciebie.
Zdanie postawione wprost, bez zabezpieczeń. Ryzyko jest realne: ktoś się najeży. Taka jest cena tego, że ludzie zaczynają słuchać, bo mają w tej sprawie własne zdanie. Otwarcie bezpieczne jest otwarciem niewidzialnym. Jeśli wszystko jest dokładnie takie, jak sala się spodziewała, po chwili przestaje o tym myśleć. Potrzebna jest drobna rysa na szkle.
Zanim powiesz pierwsze słowo, sala widziała już tytuł w programie i słyszała zapowiedź. Oba elementy pracują na twoją pierwszą minutę albo przeciw niej. Tytuł w stylu „Jak skutecznie zarządzać projektami w erze cyfrowej transformacji” ustawia oczekiwanie nudy, zanim wejdziesz. Tytuł pokazujący drogę, na przykład „od siedemnastu maili do jednego, który ktoś przeczyta”, ustawia ciekawość.
Zapowiedź warto przygotować samemu i wysłać prowadzącemu: trzy zdania, w tym jedno o tym, dlaczego sala ma posłuchać właśnie tego tematu. Dwuminutowe czytanie biogramu z internetu zabiera energię, którą mógłbyś wykorzystać w otwarciu.
Poprzednia sesja przedłużyła o dwanaście minut, sala wraca z przerwy w połowie, a technika nie podaje obrazu. Zasada jest prosta: nazwij sytuację jednym zdaniem, bez przepraszania i bez tłumaczenia technikaliów, i wejdź w temat. „Mamy mniej czasu, więc zostawiam dwie rzeczy z trzech. Pierwsza jest ta.” Sala dostaje informację, że ktoś panuje nad przebiegiem, i to jej wystarcza.
Przy wystąpieniu skróconym w ostatniej chwili nie przyspieszaj. Odejmuj. Wygłoszenie całości szybciej kończy się tym, że sala nie wynosi niczego. Ile treści faktycznie zostaje uczestnikowi, opisałem w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji.
Na konferencji wewnętrznej sala zna mówcę, więc pierwsza minuta działa inaczej. Nikt nie potrzebuje biogramu, a każdy ma już o tobie zdanie. Prezes albo dyrektor, który zaczyna od „Szanowni Państwo, rok był pełen wyzwań”, potwierdza oczekiwanie, że usłyszymy to co zwykle. Sala wyłącza się po pierwszym zdaniu, bo zna resztę na pamięć.
Tu najmocniej działa konkret, który załoga rozpozna: sytuacja z hali, liczba, o której wszyscy rozmawiali w kuchni, decyzja, która budziła emocje. Hipotetyczny przykład, zbudowany z sytuacji, które widziałem wielokrotnie: zamiast slajdu „Strategia 2025 do 2030” prezeska zaczyna od zdania „W 2019 roku prawie zbankrutowaliśmy”. Ten sam temat, inna energia na sali. Pracownicy słuchają, bo pierwszy raz od dawna nie wiedzą, co będzie dalej.
Scenariusz jest złożony z sytuacji, które powtarzają się na konferencjach. Sala na trzysta osób, blok o jedenastej, czterdzieści minut. Prelegent wchodzi, wita organizatorów, dziękuje za zaproszenie, pokazuje slajd z logotypami klientów, zapowiada trzy części i zaczyna od definicji. Mijają dwie i pół minuty. Według badania z 2025 roku to dłużej niż okno, w którym sala wyrabia sobie zdanie. Powodu, żeby odłożyć telefon, nie dostała w tym czasie ani jednego.
Ta sama osoba, ten sam materiał, inna kolejność: scena z projektu, teza, dopiero potem dwa zdania o sobie wplecione w przykład. Podziękowania zostają na koniec, gdzie i tak brzmią lepiej. Kosztuje to pół godziny pracy nad otwarciem, nie zmienia treści i zmienia odbiór całości.
Otwarcie jest jedynym fragmentem, który przygotowuje się słowo w słowo. Paradoks polega na tym, że właśnie dlatego brzmi naturalnie: przećwiczone do poziomu automatu przestaje wymagać myślenia o składni, więc głowa zajmuje się salą.
Napisz pierwsze cztery zdania swojego następnego wystąpienia i sprawdź jedną rzecz: czy po ich wysłuchaniu ktoś z sali wie, dlaczego ma zostać. Jeśli nie, masz wstęp do wstępu, a otwarcia jeszcze nie. O tym, jak z tego zbudować całą prelekcję, napisałem w tekście o keynote otwierającym konferencję.
Chcesz przegadać otwarcie konkretnego wystąpienia? Umów rozmowę o wystąpieniu.

W artykule znajdziesz:
Opis straty, którą firmy ponoszą, nie wiedząc o tym, pięć powodów, dla których prelekcja eksperta nie zostawia śladu, oraz listę rzeczy do zrobienia na dwa tygodnie przed wydarzeniem. Tekst jest o wystąpieniach firmowych ekspertów, nie o zawodowych mówcach.
Wasz ekspert jedzie na konferencję branżową. Ma dwadzieścia minut przed salą, w której siedzi kilkudziesięciu potencjalnych klientów. Wychodzi, przechodzi przez trzydzieści slajdów z wykresami, dziękuje za uwagę i schodzi. Sala klaszcze z uprzejmości. Nikt nie zapamiętał nazwiska, nikt nie podszedł po wystąpieniu, żadna wizytówka nie zmieniła właściciela.
Miesiąc później ta sama osoba publikuje post na LinkedInie, zbiera osiem reakcji i dziwi się, że budowanie marki eksperta nie działa. Tymczasem największą szansę w całym roku dostała właśnie na tej scenie i przepuściła ją w dwadzieścia minut.
Talent nie ma z tym wiele wspólnego. Zabrakło ustalenia, po co ta osoba tam wychodzi, i jednej próby przed wyjazdem.
Prelekcja opisuje zagadnienie, zamiast stawiać zdanie, z którym można się zgodzić albo nie. Opis jest bezpieczny i niezapamiętywalny. Teza daje słuchaczowi coś do zabrania i do powtórzenia koledze w poniedziałek, co jest jedynym realnym miernikiem, czy wystąpienie zadziałało.
Raport „Event marketing 2024/2025” przygotowany przez MeetingPlanner.pl z instytutem IQS pokazuje, czego klienci agencji oczekują od komunikacji wydarzenia na pierwszym miejscu: uniknięcia przebodźcowania. Na tej samej próbie 85 procent firm ocenia doświadczenie uczestnika swoich wydarzeń dobrze. Te dwie odpowiedzi czytają się jako sprzeczność do momentu, w którym policzysz slajdy w typowej prelekcji eksperckiej. Z mojej praktyki po obu stronach stołu wynika prosta zależność: im gęstszy ekran, tym mniej sala wynosi z dwudziestu minut.
Stephen Reysen i Nicholas Fischer opisali w 2026 roku w „Evolutionary Psychology” cztery eksperymenty na 389 studentach. W pierwszym grupa, która wiązała materiał w opowieść, odtworzyła 86 procent elementów, grupa kontrolna 61 procent. Z tego nie wynika, żeby rezygnować z danych. Wynika kolejność: historia przenosi, liczba potwierdza.
Pierwsze trzydzieści sekund idzie na agendę i slajd z logotypami klientów. Sala w tym czasie decyduje, czy zostaje. Jak otworzyć inaczej, rozpisałem w tekście o wystąpieniu otwierającym.
Ekspert pakuje laptopa i jedzie na pociąg. Najcenniejsze minuty całej konferencji to te zaraz po wystąpieniu, kiedy ludzie podchodzą sami. Osoba, która wyjeżdża od razu, płaci za cały wyjazd i zostawia na sali efekt, po który przyjechała.
Policz: dwa dni pracy osoby na przygotowanie, dzień na wydarzeniu, dojazd, nocleg, bilet, czasem opłata za slot sponsorski. Do tego koszt alternatywny, czyli to, czego ta osoba nie zrobiła w tym czasie. Wynik bywa wyższy od miesięcznego budżetu na kampanię, a jego efekt nikt nie mierzy, bo nikt nie ustalił, co miało się stać.
Problem siedzi w sposobie rozliczania. Kampanie rozlicza się z liczb, a wystąpienia z tego, że się odbyły. Dopóki tak zostanie, prelekcje pozostaną najdroższym nierozliczanym działaniem marketingowym w firmie.
Rozmowa przed wyjazdem zwykle dotyczy logistyki: o której próba, jaki format slajdów, czy jest rzutnik. Brakuje trzech pytań, które decydują o wyniku.
Te trzy pytania zajmują dwadzieścia minut i zmieniają całą konstrukcję prelekcji. Zadane po wydarzeniu nie zmieniają już nic.
Jeżeli ktoś z Waszego zespołu ma prelekcję w tym kwartale, przećwiczcie ją, zanim wyjdzie na scenę. Jedna próba z kamerą i jedna rozmowa o celu kosztują pół dnia i zmieniają wynik mocniej od kolejnej iteracji slajdów. O tym, dlaczego scena buduje pozycję szybciej od kalendarza publikacji, napisałem w tekście o wystąpieniach publicznych i marce osobistej, a o pracy z tremą w tekście o tremie przed wystąpieniem.
Wasz ekspert ma prelekcję w kalendarzu? Umów rozmowę o przygotowaniu wystąpienia.

W skrócie
Historia biznesowa ma cztery elementy: sytuację, napięcie, decyzję i konsekwencję. Bez czwartego zostaje anegdota. Eksperyment opublikowany w 2026 roku pokazuje, że rzeczy powiązane w opowieść pamiętamy wyraźnie lepiej od tych samych rzeczy podanych osobno. Metaanaliza z 2023 roku studzi entuzjazm: w przekonywaniu historia nie wygrywa z liczbami automatycznie. Najlepiej działa historia, która niesie, i liczba, która potwierdza.
Czwarta klasa, Ostrów. W domu się nie przelewało. Rodzice kupili nowe trampki na WF, ale na kino czy basen z kolegami trzeba było zarobić samemu. Redakcja po drugiej stronie ulicy pozwalała dzieciakom sprzedawać gazety. Gazeta kosztowała 1,80 zł, z każdej sztuki zostawało mi 30 groszy, a bilet na basen kosztował 4 zł. Problem polegał na tym, że na ulicach byli już wszyscy, a ja byłem niski i nie najszybszy. Zasada „kto pierwszy, ten lepszy” nie działała na moją korzyść.
Wybrałem biurowce. Tam nikt inny nie chodził. W krótkim czasie byłem rozpoznawalny, a część ludzi co tydzień czekała na swoją gazetę. W rekordowym tygodniu schodziło osiemdziesiąt do stu egzemplarzy. Później, na szkolnym kiermaszu podręczników, zauważyłem, że lepiej sprzedają ci, którzy nie stoją za stołem, tylko wychodzą do rodziców przy wejściu. Sprzedałem swoje książki, tanio odkupiłem od kolegów i składałem gotowe pakiety. Ta sama zasada działa dziś na targach: drogie stoisko z handlowcami o założonych rękach przegrywa z małym zespołem, który wychodzi do ludzi.
Przywołuję tę historię, bo ma wszystkie cztery elementy, o których jest ten tekst. Sytuację: dzieciak bez pieniędzy i redakcja po drugiej stronie ulicy. Napięcie: konkurencja, w której przegrywam. Decyzję: biurowce zamiast ulic, wyjście do klienta zamiast czekania. Konsekwencję: sto gazet tygodniowo i wniosek, który przenoszę na targi. Bez czwartego elementu byłaby to sympatyczna anegdota z dzieciństwa. Z nim staje się argumentem.
Matthew Reysen i Zoe Fischer z University of Mississippi opublikowali w lutym 2026 roku w „Evolutionary Psychology” cztery eksperymenty, w których wzięło udział łącznie 389 osób. Uczestnicy dostawali listę dwudziestu, trzydziestu niepowiązanych rzeczowników. Jedni mieli ułożyć z nich historię, inni wyobrazić sobie, że te rzeczy przydadzą się do przetrwania, jeszcze inni ocenić, jak przyjemne są poszczególne słowa. Potem sprawdzano, ile słów pamiętają.
W pierwszym eksperymencie osoby, które ułożyły historię, zapamiętały średnio 86 słów na sto. Ci, którzy myśleli o przetrwaniu, 74. Oceniający przyjemność słów 61. W kolejnych odsłonach różnice były mniejsze, ale kierunek się nie zmieniał: układanie opowieści dawało wynik co najmniej tak dobry jak myślenie o przetrwaniu, uważane za jedną z mocniejszych metod zapamiętywania, i wyraźnie lepszy od zwykłej oceny słów.
Trzeba uczciwie zaznaczyć jedno: w tym badaniu historię układali sami uczestnicy. Nikt im jej nie opowiadał ze sceny. Wniosek dla prelegenta jest więc podwójny. Po pierwsze, ten, kto buduje historię, zapamiętuje ją najlepiej, więc wystąpienie zbudowane na opowieści łatwiej wygłosić bez kartki. Po drugie, mechanizm jest wspólny: rzeczy połączone przyczyną i skutkiem trzymają się w głowie, a rzeczy wymienione obok siebie wypadają. Prelekcja zbudowana jako lista punktów jest dokładnie tą drugą sytuacją.
Żeby nie zrobiło się zbyt różowo. W metaanalizie opublikowanej w 2023 roku w „Health Communication” J. Xu zestawił pięćdziesiąt badań porównujących siłę przekonywania historii i danych statystycznych, łącznie ponad trzynaście tysięcy uczestników. Ogólny wynik: remis. Historie i liczby przekonywały średnio tak samo. Historia wygrywała w określonych warunkach, między innymi w komunikatach o profilaktyce zdrowotnej i wśród uczestników spoza grona studentów, czyli wśród ludzi bardziej podobnych do sali na konferencji branżowej.
Starsza metaanaliza Oschatz i Marker z 2020 roku dodaje drugą warstwę. Efekt opowieści na postawy i zamiary był mały, ale trzymał się w czasie. Na przekonania o faktach historia praktycznie nie wpływała. Z obu prac wychodzi praktyczna reguła: historia zmienia to, co ludzie czują wobec sprawy i co zamierzają zrobić. Fakt musisz pokazać faktem.
Budowanie opowieści, także biznesowej, to dla mnie zadawanie dobrego pytania. Takiego, które nie daje spokoju, dopóki nie dostanie odpowiedzi. Historia bez takiego pytania przypomina wycieczkę autokarową po przypadkowych atrakcjach: tu coś się wydarzyło, tu ktoś coś powiedział, tu był zwrot akcji. Sala jedzie z tobą, patrzy przez okno i w końcu pyta, czy kierowca ma jakiś plan. W historii o gazetach tym pytaniem jest „jak wygrać, kiedy nie jest się najszybszym?”. Każdy element opowieści na nie odpowiada, a te, które nie odpowiadają, wylatują.
Konkret zamiast kontekstu. „Pracowaliśmy z firmą z branży produkcyjnej nad poprawą komunikacji” nie niesie niczego. „Gazeta kosztowała 1,80 zł, a bilet na basen 4 zł” niesie od razu skalę i stawkę. Jedno zdanie z detalem robi więcej od akapitu tła. Stary kubek zostawiony na parapecie mówi o samotności więcej niż wyliczenie wszystkich mebli w mieszkaniu.
Coś, co nie działa, i stawka, którą to ma. Bez napięcia nie ma powodu, żeby słuchać dalej. Najczęstszy błąd polega na pominięciu tej części, bo opowiadający chce szybko przejść do rozwiązania. Sala zostaje wtedy z gotową odpowiedzią na pytanie, którego nie usłyszała.
Moment, w którym ktoś wybrał jedną z opcji, odrzucając pozostałe. Tu siedzi cała wartość historii dla słuchacza, bo w tym miejscu uczy się czegoś o własnej sytuacji. Decyzja bez odrzuconych alternatyw brzmi jak oczywistość. „Wybrałem biurowce” działa tylko dlatego, że wcześniej padło, że wszyscy byli na ulicach.
Co się stało potem i czego nie wiemy. Element pomijany najczęściej i jedyny, który odróżnia historię od anegdoty. Przy opowieści z projektu konsekwencja bywa niepełna i uczciwiej jest to powiedzieć wprost, niż dopowiadać efekt, którego nikt nie zmierzył.
Zanim opowiesz historię na scenie, zapisz jej pytanie w jednym zdaniu. Nie temat, tylko pytanie, na które opowieść szuka odpowiedzi. „Jak wygrać, kiedy nie jest się najszybszym?” „Co zrobić, gdy największy klient odchodzi?” „Czy warto zmienić proces, który działa od dziesięciu lat?” Jeśli nie umiesz tego zdania napisać, historia nie ma jeszcze osi.
Potem przyłóż do pytania każdy element. Szczegół, który nie pomaga na nie odpowiedzieć, wylatuje, choćby był zabawny. Postać, która nic nie zmienia w odpowiedzi, wylatuje. Zwrot akcji, który niczego nie testuje, też. Brzmi brutalnie, ale skraca historię o połowę i robi z niej argument. Dobre pytanie centralne działa jak filtr: zamiast decydować, co jest ciekawe, sprawdzasz, co odpowiada.
Kolejność ma znaczenie. Historia niesie, liczba potwierdza. Odwrotna kolejność, czyli slajd z wykresem i dopiero potem przykład, zużywa uwagę na rozszyfrowanie danych, zanim sala wie, czego dotyczą. Metaanaliza z 2023 roku podpowiada, że nie trzeba wybierać między jednym a drugim. Trzeba je ułożyć we właściwej kolejności.
Praktyczna reguła: jedna liczba na jedną historię, podana po puencie i z nazwą źródła. Trzy liczby wplecione w opowieść rozbijają ją na trzy fragmenty i żaden nie zostaje. O tym, co zrobić z wykresem, który jednak musi się pojawić, piszę w tekście o prezentacji na scenę.
Dwa przykłady z mojego newslettera o prezentowaniu. Są hipotetyczne, zbudowane z sytuacji, które widziałem wielokrotnie. Prezeska wchodzi na scenę branżowej konferencji. Slajd tytułowy: „Strategia rozwoju firmy 2025 do 2030”. Sala już wie, że będzie nudno, część sięga po telefony. A gdyby zaczęła od: „W 2019 roku prawie zbankrutowaliśmy. Dzisiaj opowiem, dlaczego to była najlepsza rzecz, jaka nam się przydarzyła”? Ten sam temat, inna energia na sali.
Drugi: szef agencji przez dwadzieścia pięć minut klika logotypy klientów. A gdyby wszedł i powiedział: „Nasz największy klient zadzwonił w piątek o siedemnastej i powiedział, że odchodzi do konkurencji. To był najlepszy telefon w tamtym roku, bo zmusił nas do zmiany jednej rzeczy”? W obu przypadkach otwarcie od razu zawiera napięcie i obiecuje decyzję. Sala zostaje, bo chce wiedzieć, jak się skończyło. O całym otwarciu piszę szerzej w tekście o pierwszych trzydziestu sekundach wystąpienia.
Najczęstsza reakcja na prośbę o historię brzmi: u nas nic się nie wydarzyło. Zwykle znaczy to, że szukasz czegoś wielkiego, a potrzebujesz czegoś konkretnego. Historia o gazetach nie ma w sobie nic efektownego. Ma za to wyraźne pytanie i decyzję. Trzy pytania, które prawie wszystkim coś wyciągają z pamięci.
Zasada bezpieczeństwa: historia z projektu klienta wymaga zgody albo anonimizacji. Branża i skala zamiast nazwy wystarczają, żeby opowieść działała, i zdejmują ryzyko, którego nie warto brać na scenie.
Historii cudzych nie opowiadaj jak własnych. Rynek jest mały, a przypisanie sobie czyjegoś projektu wraca szybciej, niż się wydaje. Cudzy przykład podaj z nazwiskiem albo z nazwą firmy. Pierwsza osoba zostaje dla twoich własnych historii.
Metafor rozciągniętych na całe wystąpienie też lepiej unikać. Himalaje, maraton i orkiestra symfoniczna brzmią dobrze w pierwszej minucie i rozpadają się w piątej, kiedy trzeba dopasować do nich konkretny budżet albo harmonogram. Historia z własnej praktyki nie wymaga naciągania, bo sama pochodzi z tego świata, w którym siedzi sala.
Trzecia rzecz dotyczy długości. Opowieść na siedem minut w dwudziestominutowym wystąpieniu zjada przestrzeń na wnioski. Historia robocza mieści się w dwóch minutach, a jej puenta w jednym zdaniu. Jak ta proporcja wygląda w szerszym kontekście wydarzeń, pokazałem w tekście o storytellingu w event marketingu.
Opowiedz swoją historię komuś, kto nie zna branży, i poproś o jedno zdanie streszczenia. Gdy to zdanie brzmi jak twoja teza, konstrukcja trzyma. Streszczenie w postaci opisu sytuacji bez wniosku oznacza brak konsekwencji. Odpowiedź „to było ciekawe” oznacza brak napięcia.
Drugi test dotyczy potrzeby słuchacza. Zapytaj siebie, co ta osoba zrobi inaczej w poniedziałek. Odpowiedź „będzie wiedziała więcej” oznacza, że historia bawi i nic więcej. Szerzej o tym, co uczestnik faktycznie wynosi z sali, napisałem w tekście o psychologii uczestnika eventu.
Masz projekt, z którego da się zrobić historię na scenę? Umów rozmowę o wystąpieniu.

Z tekstu dowiesz się:
Dlaczego liczba slajdów jest złą miarą prezentacji, ile słów mieścić na jednym slajdzie, co badania z lat 2023 do 2026 mówią o slajdach powtarzających to, co mówisz, z kim twoja prezentacja naprawdę konkuruje o uwagę sali, co zrobić z wykresem i jak przygotować wersję awaryjną bez rzutnika.
Kiedy zaczynam pracę nad nową prezentacją, nie otwieram Keynote'a. Zaczynam od trzech pytań: dlaczego to, co powiem, powinno obchodzić tych ludzi, co ma z tego dla nich wynikać i co mają zrobić z tą wiedzą po wyjściu z sali. Odpowiedzi zapisuję w dwóch, trzech zdaniach. Potem piszę wystąpienie jak krótki felieton, czasem nagrywam je głosem w telefonie i robię transkrypcję. Na dwadzieścia minut wychodzą mi mniej więcej trzy strony. Czytam je na głos, nagrywam się, wyrzucam zdania za długie do powiedzenia. Do redakcji używam dziś AI, wcześniej robiłem to sam.
Dopiero wtedy otwieram program do prezentacji i slajdy robią się bardzo szybko, bo wiem dokładnie, co chcę powiedzieć. Tekst idzie do notatek prezentera. Na slajdy trafiają tylko hasła, cytaty i obrazy. Większość ludzi robi odwrotnie: zaczyna od slajdów, potem dopasowuje do nich tekst, a na końcu ćwiczy. I dlatego na scenie walczy z własnymi slajdami.
Zanim sala zobaczy pierwszy slajd, widzi tytuł w programie. Dziewięćdziesiąt dziewięć tytułów na sto wygląda tak samo: „Jak skutecznie zarządzać projektami w erze cyfrowej transformacji”, z dopiskiem o AI. Na konferencji firmowej „Podsumowanie trzeciego kwartału” też nikogo nie przyciągnie. Słaby tytuł ginie w programie, dobry przyciąga organizatora, potem publiczność i ustawia ton prezentacji.
Jeden ze schematów, których używam, nazywam transformacją „od do”. Tytuł pokazuje drogę, którą przejdzie słuchacz. „Od siedemnastu maili do jednego, który ktoś przeczyta”. „Od trzech miesięcy do trzech tygodni: co zrobiliśmy z wdrożeniem klienta”. Drugi to nawiązanie do cytatu albo tytułu filmu, który sala zna. Oba dają ci od razu kierunek narracji, a slajdy łatwiej układają się wokół drogi niż wokół tematu.
Najczęstsze pytanie, jakie słyszę od osób przygotowujących wystąpienie, brzmi: „ile slajdów na dwadzieścia minut?”. Pytanie zakłada, że mniej slajdów oznacza krótszą i bardziej uporządkowaną prezentację. Efekt bywa odwrotny. Pięć slajdów na dwadzieścia minut to cztery minuty na slajd. Sala przeczyta każdy w dwadzieścia sekund, a przez resztę czasu patrzy na tekst, który już zna, i słucha cię jednym uchem.
Prezentację mierzy się czasem trwania. Dwadzieścia minut to dwadzieścia minut bez względu na to, czy slajdów jest pięć, dziesięć, czy sto. Liczba slajdów wynika z tego, ile myśli chcesz pokazać i jak krótko je zapisujesz. Moje liczby wyglądają tak:
Przy takim sposobie budowania masz przy okazji pełną kontrolę nad czasem. Wiesz dokładnie, gdzie jesteś w prezentacji i ile zostało. U mnie zniknęło też „yyy”, bo przy każdym slajdzie wiem, co powiedzieć.
Zasada, że slajd nie powinien powtarzać słowo w słowo tego, co mówi prelegent, ma w psychologii uczenia się nazwę: efekt nadmiarowości. Opisano go ponad dwadzieścia lat temu. Nowsze prace pokazują go dokładniej. Trypke, Stebner i Wirth przejrzeli w 2023 roku w „Frontiers in Psychology” sześćdziesiąt trzy badania i znaleźli ważne rozróżnienie. Pełny tekst powtarzający narrację dawał wyniki niejednoznaczne: raz pomagał, raz szkodził, raz nic nie zmieniał. W jednym z omawianych badań najlepiej wypadała wersja, w której mówca mówił, a na ekranie były same hasła. Lepiej od samego mówienia i lepiej od samego tekstu.
Badanie K. Signaevskiej i E. Gorbunovej, opublikowane w 2026 roku, idzie w tę samą stronę. Najlepiej w teście wiedzy wypadła grupa, która słuchała bez tekstu na ekranie. Najgorzej ta, której ekran powtarzał pełnym tekstem to, co słyszała. Pojemność pamięci roboczej uczestników nie zmieniała tego wyniku. Autorki zalecają wprost: nie dubluj na ekranie tego, co mówisz.
Hasła na slajdzie wspierają. Pełne zdania, które i tak wypowiesz, nic nie dodają, a bywa, że obniżają to, co sala zapamięta. Slajd z akapitem tekstu to dokument na slajdach, czyli coś, co nazywam slajdumentem. Do czytania przy biurku działa. Na scenie przeszkadza ci w robieniu tego, po co tam wszedłeś.
Kiedy prezentujesz, rywalizujesz z małym urządzeniem wartym kilka tysięcy złotych, zaprojektowanym przez psychologów i inżynierów po to, żeby przyklejać uwagę do ekranu. Nie z innymi prelegentami. Zespół z Uniwersytetu w Albany zebrał w 2024 roku w „Computers in Human Behavior” dwadzieścia siedem eksperymentów z udziałem ponad dwóch tysięcy młodych dorosłych. Rozpraszanie telefonem obniżało zapamiętywanie, a najmocniej uderzało w zapamiętywanie wykładu.
Badanie z Southern Illinois University, opisane w 2024 roku w „Frontiers in Education”, sprawdziło coś bardziej praktycznego. Studenci dostawali w połowie zajęć przerwę na telefon trwającą minutę, dwie albo cztery. Najlepiej w teście wypadli ci z przerwą jednominutową. Telefonu z sali nie wyrzucisz. Możesz za to sprawić, że przez większość czasu na ekranie za tobą dzieje się więcej niż na ekranie w dłoni.
Ludzie nie sięgają po telefon dlatego, że cię nie lubią. Mózgi karmione szybkim wideo oczekują dynamiki i kiedy prezentacja się wlecze, przełączają się w tryb przewijania. Dlatego przeniosłem do prezentacji tempo z krótkich form wideo. Cel jest prosty: sala nie ma mieć powodu patrzeć w dół. Mała liczba osób przewijających telefon w trakcie twojego wystąpienia to całkiem niezły wskaźnik, czy się udało. MeetingPlanner.pl i instytut IQS w raporcie „Event marketing 2024/2025” stawiają uniknięcie przebodźcowania na pierwszym miejscu oczekiwań wobec komunikacji wydarzenia. Szybkie tempo z jednym hasłem na ekranie nie przebodźcowuje. Przebodźcowuje slajd, na którym jest wszystko naraz.
Dla kogoś, kto od lat robi dziesięć gęstych slajdów, sześćdziesiąt brzmi jak przepis na chaos. W praktyce to ta sama treść pocięta na mniejsze kawałki. Zacznij od dwóch, trzech slajdów z największą ilością tekstu. Każdy akapit rozbij na pojedyncze myśli, każdą myśl daj na osobny slajd, powiększ litery. Przećwicz na głos starą i nową wersję. Zwykle już po pierwszej próbie słychać, która płynie.
Pomagają gotowce. Przygotuj sobie raz kilka szablonów z przejściami i animacjami tekstu w Keynote albo PowerPoincie, a potem tylko wstawiaj treść i dopasowuj czas. Przy dużej liczbie slajdów to oszczędza godziny. Przy tempie trzech, czterech slajdów na minutę notatki prezentera stają się twoim scenariuszem, a slajdy jego ilustracją.
Przed przejściem do finału dodaję slajd, który zbiera całą prezentację w trzech myślach, z małą ikoną aparatu albo dłoni z telefonem. Z trzech powodów. Daję sali chwilę na uporządkowanie myśli przed końcowym akcentem. Osoby, które weszły w trakcie, a zdarza się to częściej, niż się wydaje, dostają sens w pigułce. I wszyscy mogą sfotografować ten jeden slajd i zabrać treść ze sobą.
Wykres na scenie ma jedno zadanie: pokazać jedną rzecz, którą mówisz. Z tego wynikają trzy decyzje.
Tabel na scenę nie dawaj. Sześć kolumn i dziesięć wierszy z odległości piętnastu metrów to szara plama. Z tabeli robi się jedna liczba z podpisem albo plansza przygotowana graficznie do wysłania po wydarzeniu.
Jak te błędy składają się w całość u firmowych ekspertów, rozpisałem w tekście o trzydziestu slajdach i grzecznych oklaskach. Związek między gęstością treści a tym, co uczestnik wynosi, opisałem w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji.
Rzutnik odmawia współpracy częściej, niż wynikałoby z deklaracji dostawców techniki. Osoba, która ma przygotowany wariant bez obrazu, traci na tym dwie minuty. Kto go nie ma, traci całe wystąpienie.
Przy moim sposobie pracy wersja awaryjna powstaje sama, bo zanim zrobiłem slajdy, miałem tekst. Jeśli zaczynasz od slajdów, poświęć kwadrans: wypisz na kartce swoje wątki i dopisz do każdego jeden przykład. Tak powstaje struktura, którą da się wygłosić bez niczego za plecami. Jak zbudować ją od początku, opisałem w tekście o keynote otwierającym konferencję.
Po prelekcjach jedno zdanie słyszę częściej od innych: „wyślesz slajdy?”. Prezentacja zbudowana z haseł i obrazów bez ciebie nic nie znaczy. Materiał do wysłania ma znaczyć właśnie bez ciebie: pełne zdania, źródła, kontakt. Najprostsze rozwiązanie wynika z pisania przed slajdami. Skoro tekst siedzi w notatkach prezentera, wyeksportuj prezentację razem z nimi albo zrób z tego tekstu krótki PDF ze slajdem podsumowania na początku.
Weź swój najbardziej przeładowany slajd i rozbij go na kilka. Zamiast dziesięciu punktów pięć slajdów po dwa hasła, a może przy okazji coś wypadnie. Potem przećwicz obie wersje na głos i sprawdź, która płynie. Dodaj przed finałem slajd podsumowania z trzema myślami. Trzy zmiany, godzina pracy, a różnicę widać z pierwszego rzędu.
Chcesz przejść przez swoje slajdy z kimś z zewnątrz? Umów rozmowę o wystąpieniu.

Najważniejsze tezy: impreza dla pracowników zarabia na siebie wtedy, kiedy rusza nazwany problem HR: rotację, przeciągającą się rekrutację, brak kontaktu między działami. Bez takiego problemu zostaje festyn, który trzeba opłacić i którego nie da się rozliczyć przed zarządem.
Studio WSK, dwanaście godzin na planie, sześć scenografii, w tym plaża usypana z trzech ton piasku. Przed obiektywem trzydziestu dwóch pracowników OpenGift.pl i czterysta dwadzieścia gadżetów, które ta firma na co dzień sprzedaje. Przy tej sesji wszedłem w rolę reżysera, a przygotowania trwały trzy miesiące. Cel był prosty: pokazać klientom, że za produktami stoją konkretni ludzie, bez korporacyjnej sztywności. Wynik był podwójny. Firma dostała zdjęcia do komunikacji na cały rok, a dzień zdjęciowy zamienił się w integrację, jakiej ten zespół dawno nie miał.
Największym wyzwaniem okazała się rzecz, której nie ma w żadnym kosztorysie. Logistyka, kostiumy i piasek dało się zaplanować. Trudniej było sprawić, żeby trzydzieści dwie osoby, które na co dzień nie pozują do zdjęć, czuły się na planie naturalnie. Na zdjęciach widać emocje i to one budują wiarygodność marki pracodawcy. Do tej obserwacji wrócę jeszcze kilka razy, bo dotyczy każdego wydarzenia pracowniczego, niezależnie od formatu.
Randstad co roku pyta tysiące osób w kilkudziesięciu krajach, co sprawia, że pracodawca jest atrakcyjny. W edycji 2025 w Polsce odpowiedziało 6794 osoby. Wynagrodzenie wygrywa, wskazuje je 71 procent. Na drugim miejscu, z 63 procentami, jest „dobra atmosfera w pracy”, czyli to, jak się pracuje z ludźmi wokół. Stabilność zatrudnienia ma 61 procent, równowaga między pracą a życiem 56 procent. W pokoleniu Z kolejność się odwraca: relacje i klimat w zespole wskazuje 64 procent, pieniądze 60 procent.
Druga liczba przyszła z tego samego źródła kilka miesięcy wcześniej. W lutym 2025 roku Randstad opublikował wyniki badania przeprowadzonego na tysiącu osób w listopadzie 2024 roku. Najczęstszym powodem zmiany pracy było niezadowolenie z poprzedniego pracodawcy. Wynagrodzenie spadło na dalsze miejsce. Aktywnie szuka pracy osiem procent badanych, ale prawie połowa przegląda oferty „z ciekawości”. Tych drugich nie widać w żadnym raporcie HR, dopóki nie złożą wypowiedzenia.
Gallup dokłada do tego trzecią warstwę. W raporcie o stanie miejsc pracy, wydanym w kwietniu 2026 roku na danych za rok 2025, w Polsce zaangażowanych w swoją pracę jest siedmiu na stu pracowników. Pozostałe dziewięćdziesiąt trzy osoby przychodzą, robią swoje i wychodzą.
Relacje w zespole są w Polsce drugim argumentem za pracodawcą, a w najmłodszym pokoleniu pierwszym. Impreza firmowa jest jednym z nielicznych momentów w roku, kiedy firma może na ten argument realnie wpłynąć. Kampania wizerunkowa może o nim tylko opowiadać. Problem w tym, że większość wydarzeń pracowniczych projektuje się pod hasło „żeby było miło”, a miło jest kategorią, której nie da się porównać z kosztem odejścia jednej osoby.
Pracowałem przy wydarzeniach pracowniczych z dwóch stron stołu: jako producent w agencji i jako osoba odpowiedzialna za marketing po stronie firmy. Z tej drugiej perspektywy widać rzecz, której agencja zwykle nie widzi. Zarząd pyta po imprezie „ile to kosztowało”, a nikt w firmie nie umie odpowiedzieć na pytanie „co to dało”. Dzieje się tak dlatego, że na etapie zamówienia nikt nie wpisał do briefu problemu, który event miał rozwiązać. Gdy taki problem jest nazwany, rozmowa o budżecie zmienia ton, bo nagle jest do czego go porównać.
Firmy organizują imprezy integracyjne, bo „tak robimy co roku” albo „ktoś powiedział, że trzeba integrować ludzi”. Weź zespół, który nie zmienił się od dziesięciu lat. Ci ludzie znają się jak łyse konie. Kolejna integracja w tym samym gronie nie wnosi organizacji nic nowego, bo integrować nie ma już kogo z kim.
Rozdziel więc dwie rzeczy. Wydarzenie dla rozrywki, w którym celem jest odpoczynek i dobry wieczór. I wydarzenie traktowane jako narzędzie, które ma zmienić coś mierzalnego: skrócić czas rekrutacji, obniżyć rotację w konkretnym dziale, przenieść wiedzę między zespołami, które na co dzień się mijają. Oba są uprawnione, dają jednak skrajnie różne rezultaty i wymagają innych pieniędzy.
Traktujemy eventy w dwóch kategoriach. Albo jest to rozrywka, stricte rozrywka, czyli jedziemy, odpalamy wrotki. Wiadomo, film, impreza integracyjna. Albo druga opcja, czyli że event marketing jest narzędziem marketingowym do realizacji konkretnych celów.
Piotr Kalewski, wywiad w podcaście Markotwórstwo
Firmy produkcyjne i usługowe, z którymi rozmawiam, mają ten sam kłopot: kandydat z zewnątrz nie wie, jak wygląda codzienna praca na hali albo w biurze. Ogłoszenie tego nie pokaże, bo ogłoszenie jest obietnicą. Obraz miejsca daje dopiero kontakt z ludźmi i przestrzenią. Dlatego część budżetu rekrutacyjnego warto przesunąć z portali i kampanii płatnych na formaty, w których kandydat widzi miejsce pracy na własne oczy.
Formaty, które w tej roli widziałem najczęściej: drzwi otwarte z pokazaniem stanowisk pracy, spotkania z zespołem bez działu HR w roli prowadzącego, dni rodzinne otwarte dla znajomych pracowników oraz udział w targach pracy z zadaniem zamiast ulotki. Każdy z nich ma inną cenę i inny zasięg, wszystkie dają jednak to samo: kandydat wychodzi z obrazem miejsca. Lista benefitów tego nie zastąpi.
Pracuj.pl w raporcie o mobilności zawodowej z marca 2024 roku podaje, że 44 procent pracowników aktywnie szuka nowej pracy, a w grupach do trzydziestu czterech lat zmianę planuje ponad połowa. Na pytanie, co trzyma ludzi w obecnej firmie, wynagrodzenie wskazało 29 procent, a poczucie docenienia 28 procent. Prawie tyle samo. Docenienie jest tańsze od podwyżki, ale wymaga sytuacji, w której da się je okazać przy ludziach. Wydarzenie pracownicze jest taką sytuacją, o ile ktoś je tak zaprojektuje.
Przy liczeniu opłacalności nie porównuj kosztu wydarzenia z kosztem integracji. Porównaj go z kosztem nieobsadzonego stanowiska i z kosztem odejścia osoby, która przyszła z fałszywym obrazem firmy. Rozpisałem to w tekście o tym, ile kosztuje rotacja i dlaczego kampania rekrutacyjna tego nie naprawia.
Wracam do planu zdjęciowego. Trzy tony piasku, sześć scenografii i dwanaście godzin zdjęć dało się rozpisać w harmonogramie co do kwadransa. Tego, czy trzydzieści dwie osoby poczują się przed obiektywem naturalnie, nie dało się rozpisać w żadnej tabelce. Można było tylko stworzyć warunki: dać ludziom sceny, w których coś robią razem, zamiast stać w rzędzie, i zostawić im miejsce na własne pomysły.
Ta sama mechanika działa na każdym wydarzeniu dla pracowników. Ludzie otwierają się wtedy, kiedy mają rolę. Miejsce na widowni ich zamyka. Widziałem to także przy wieczorze talentów w firmie produkcyjnej, na którym pracownicy przez sześć tygodni zgłaszali swoje pasje, a potem występowali przed kolegami. Logistyk okazał się muzykiem, którego dział pierwszy raz zobaczył naprawdę. Wartość z firmowej ściany, „sukces tworzą ludzie”, przestała być hasłem.
Z mojej perspektywy właśnie tu leży różnica między imprezą a narzędziem employer brandingu. Impreza daje ludziom wieczór. Narzędzie daje im historię, którą opowiadają w poniedziałek przy kawie i w domu przy kolacji. Druga rzecz kosztuje mniej, niż się wydaje, bo jej główny składnik to pomysł na mechanikę. Budżet produkcyjny gra tu drugie skrzypce.
Średnie firmy, od dwustu do pięciuset osób, regularnie próbują upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zbliża się jubileusz, więc prezes chce połączyć imprezę dla załogi z zaproszeniem najważniejszych klientów. Powód jest zwykle budżetowy.
W projektach, które prowadziłem, to się nie udawało. Zrelaksowany pracownik po kilku drinkach opowiada twojemu partnerowi biznesowemu historie z wakacji i przechodzi z nim na „ty”. Cel wewnętrzny, czyli żeby ludzie odetchnęli, wyklucza się z celem zewnętrznym, czyli żeby klient zobaczył firmę przy pracy. Każda z tych grup potrzebuje innego poziomu formalności, innej agendy i innej liczby alkoholu na stole.
Przy budżecie, który nie pozwala na dwa wydarzenia, ogranicz zakres jednego zamiast mieszać grupy. Krótsza gala dla klientów w pierwszej części dnia i osobny wieczór dla załogi w innym terminie kosztują mniej niż jedna sytuacja, w której tracisz klienta.
Całodniowy piknik dla pracowników i ich rodzin, z warsztatami dla dzieci, pracuje na wizerunek pracodawcy prorodzinnego i robi to lepiej niż jakikolwiek slogan w ogłoszeniu. Spotkanie dla zespołu handlowego w wieku od dwudziestu pięciu do czterdziestu pięciu lat, nastawionego na wieczór i rozmowy, wygląda inaczej. Trzygodzinny koncert kwartetu smyczkowego z lampką wina skończy się tam pustą salą po czterdziestu minutach.
MeetingPlanner.pl i instytut IQS w raporcie „Event marketing 2025/2026”, pokazanym w styczniu 2026 roku, podają, że różnice pokoleniowe są ważne przy organizacji wydarzeń wewnętrznych dla 63 procent firm. Przy czterech pokoleniach w jednej firmie jeden format dla wszystkich jest kompromisem, który nikogo nie cieszy. Lepiej działa wydarzenie z kilkoma strefami albo kilkoma momentami, w których każda grupa znajdzie coś swojego.
Artysty nie wybiera się na podstawie preferencji zarządu. To, że ulubioną wykonawczynią córki prezesa jest Young Leosia, nie znaczy, że jej koncert odpowiada potrzebom waszej grupy. Pytanie przed wyborem formatu brzmi: co uczestnik ma po tym wydarzeniu zrobić inaczej w poniedziałek. Reszta, od sceny po catering, jest obudową tej odpowiedzi.
Pomiar projektuje się razem z wydarzeniem. Doklejony po fakcie niczego nie zmierzy. Mierniki zamykasz na etapie briefu, zanim ktokolwiek wybierze salę.
Pierwsza warstwa to metryki operacyjne: frekwencja wobec liczby zaproszonych, ruch w poszczególnych strefach, oceny z ankiety. Pokazują, czy wydarzenie w ogóle odbyło się tak, jak je zaplanowaliście. Druga warstwa to zachowania i liczby HR: ile aplikacji spłynęło po drzwiach otwartych, jak zmieniła się rotacja w dziale, którego event dotyczył, ilu pracowników samo opublikowało materiały z wydarzenia, ile osób zgłosiło się do programu poleceń.
Przy sesji zdjęciowej w OpenGift.pl miernik był banalny i dlatego działał: czy firma wyjdzie z planu ze zdjęciami własnych ludzi do komunikacji na cały rok. Wyszła. Jak zbierać dane przy większych projektach i czego nie wyczytasz z samej ankiety, rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego. Brak odpowiedzi na pytanie, co mierzysz po wydarzeniu, oznacza zwykle, że nie znasz jeszcze jego celu.
Scenariusz jest hipotetyczny, złożony z sytuacji, które w takich projektach wracają najczęściej. Firma produkcyjna, trzysta osób, rotacja na produkcji wyższa niż w zakładzie obok, rekrutacja trwa dwa razy dłużej, niż zakładał plan. Zarząd mówi: zróbmy w tym roku porządną imprezę, żeby ludzie poczuli, że o nich dbamy.
Można tak. Tylko impreza odpowiada na pytanie „czy ludziom jest miło”, a firma ma problem z dwoma innymi pytaniami: dlaczego nowi odchodzą w pierwszym kwartale i skąd wziąć kolejnych. To są dwa różne projekty, z różnymi uczestnikami i różnym budżetem.
Pierwszy dotyczy ludzi, którzy już są. Zamiast jednego wieczoru z zespołem muzycznym można zaprojektować dzień, w którym brygadziści i nowi pracownicy robią coś wspólnie, a kadra kierownicza odpowiada na pytania bez slajdów. Miernikiem jest liczba odejść w pierwszych dziewięćdziesięciu dniach i liczba zgłoszeń do programu poleceń w kolejnym kwartale. Ocena imprezy schodzi na dalszy plan.
Drugi dotyczy ludzi, których jeszcze nie ma. Dzień otwarty z wejściem na halę, rozmowami przy stanowiskach i prostym zadaniem rekrutacyjnym na miejscu. Mierniki: liczba osób, które przyszły, liczba aplikacji w ciągu dwóch tygodni, odsetek kandydatów, którzy dotarli do rozmowy. Ten event porównujesz kosztowo z trzymiesięczną kampanią na portalu. Catering na jubileusz to zła miara porównawcza.
Oba da się zrobić za pieniądze przeznaczone wcześniej na jedną dużą imprezę. Różnica polega na tym, że po pierwszym wariancie masz zdjęcia, a po drugim dwie liczby do pokazania na zarządzie.
Zdiagnozuj problem HR, który event ma ruszyć. Opisz uczestnika i zachowanie, którego od niego oczekujesz. Dobierz mechanikę, w której ludzie dostają rolę. Rozdziel grupy docelowe na osobne wydarzenia. Ustal mierniki w briefie. Szersze ujęcie formatów i pomiaru znajdziesz w tekście o tym, jak budować wizerunek pracodawcy za pomocą wydarzeń.
Impreza firmowa staje się narzędziem zmiany w momencie, w którym ktoś potrafi powiedzieć, co ma być po niej inne niż przed nią. Do tego czasu jest pozycją kosztową z dobrym cateringiem.
Przyjdź z problemem HR, który ma ruszyć, i z tym, co już wiecie: terminem, liczbą osób, budżetem. Na godzinnej konsultacji rozbieramy format na cel, uczestnika i mechanikę, ustalamy, czy to ma być jedno wydarzenie, czy dwa, i wybieramy mierniki do briefu. Po spotkaniu dostajesz podsumowanie z rekomendacjami.
Po wystąpieniach najczęściej słyszę: pokaż, jak to wygląda
od środka. Więc pokazuję. Rozmowy z ludźmi, którzy wymyślają, produkują czy realizują wydarzenia naprawdę, nagrania
z konferencji i odcinki, w których rozbieram event na części, a także moje gościnne wywiady.
Nie wiesz od czego zacząć?
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.